Australia Ilona Kasia Podróże

Australijskie przygody z Sydney do Torquay cz. II

5 marca 2018

Blisko 1150 km w 3 dni. O tym, jak sobie radzić bez GPS’a, kogo można spotkać ciemną nocą na drodze oraz gdzie jest najpiękniejsza plaża na świecie? Nasze australijskie przygody, zachwyty i wrażenia z drugiego etapu podróży po Oz.


Po kilku dniach spędzonych w słonecznym Sydney przyszedł czas na spakowanie walizek, wypożyczenie auta i ruszenie w trasę na południe, w kierunku Canberry, a następnie na południowe wybrzeże do Torquay. Drugi etap naszej australijskiej przygody właśnie się zaczynał a wraz z nim spotkania z zachwycającą i niesamowitą przyrodą nad Jervis Bay i w Parku Narodowym Booderee, ale wszystko po kolei…

Dzień 6 – Wyjazd z Sydney i Hayams Beach

Gdy przyszedł czas na spakowanie walizek i wymeldowanie się z hostelu w Sydney, to dopiero dotarło do mnie, na co się zdecydowałam. Trasa z Sydney przez Canberrę do Torquay to ponad 700 km, po lewej stronie, na końcu świata! Co prawda mam prawo jazdy od ponad 10 lat, od czasu do czasu poruszam się autem – głównie po Warszawie, jednak świadomość przejechania tak długiego dystansu, bazując jedynie na mapie (tak, zgadza się, nie miałam GPS’a – sic!), sprawiła, że puls mocno przyspieszył i zaczęły mi się pocić nieco dłonie.

Apogeum stresu pojawiło się podczas wyjazdu samochodem z wypożyczalni na poranne zakorkowane ulice w centrum miasta. Obudziła się mnie na szczęście rodzima krew i myśl hasła: Co?! Ja nie dam rady?!, powiedziałam sobie, że trzeba się skupić, spiąć pośladki, patrzeć na znaki i… jak setki innych osób po prostu wyjechać z miasta. Co z tego, że ktoś na mnie trąbił 😉 Na szczęście bez ofiar w ludziach i bez większego uszczerbku na zdrowiu (nie licząc kilku nowych siwych włosów), trafiłyśmy na odpowiedni wyjazd na autostradę M1 w kierunku Wollongong do Sanctuary Point.

To spokojne miasteczko swoim wyglądem przypominało nam nieco amerykańskie przedmieścia miast, dzięki szerokim chodnikom i równie szerokim trawnikom przed domami. Gdy dotarłyśmy tam późnym popołudniem, zameldowałyśmy się w Bay N Basin Lodge. Gorąco polecam to miejsce; to taki kilkupokojowy pensjonacik, standard jest naprawdę dobry, szybkie i darmowe Wi-Fi (co nie było taką oczywistością w Sydney) a do tego czajniczek, herbata i podstawowe sztućce w pokoju, aby przyrządzić sobie mały posiłek. Dla osób, które chcą podróżować w przyzwoitych warunkach (ale nie w luksusach) będzie to jak najbardziej odpowiednie miejsce.

Po rozpakowaniu się Ilona przekonała mnie, aby przy ostatnich promieniach słońca pojechać jeszcze na plażę nad zatokę, na małą wizję lokalną. I całe szczęście, że dałam się namówić, bo przyznaję, że był to wspaniały pomysł. Plaża okazała się nie dość, że zachwycająca, to w dodatku mało turystyczna. Wspaniały, miałki i jasny piasek oraz lazurowa woda – to było to!

Trzeba było jednak wrócić do spraw przyziemnych i uzupełnić jeszcze zapasy spożywcze, a zatem pojechałyśmy do Woolworths w pobliskiej miejscowości Vincentia. Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, gdy przed g. 18.00 całe centrum handlowe było już zamykane na cztery spusty. Dodajmy, że to był środek tygodnia — wtorek. Jednak może to i dobrze, bo i my miałyśmy czas na odpoczynek po dniu pełnym emocji. A plan na następny dzień zapowiadał się równie ciekawie.

Dzień 7 – słońce nad Jervis Bay i kangury w Parku Narodowym Booderee

Siódmy dzień naszego pobytu na Antypodach zaczął się bladym świtem — i to dosłownie, bo chęć sfotografowania wschodu słońca na plaży Hayams Beach skutecznie wygrała z objęciami Morfeusza. Plan był prosty: skoro słońce wschodzi o 6 rano, to wstać trzeba ok. 5, żeby się doprowadzić do przytomności, spakować sprzęt, napić herbatki 😉 i jeszcze przejechać te kilka kilometrów. Gdy dotarłyśmy na miejsce, okazało się, że całkiem spora grupa osób miała podobne plany jak my i miło było usłyszeć po prostu Good morning od nieznajomych ludzi. A sam wschód słońca — cóż, brak słów na opisanie tego zjawiska. Mam nadzieję, że załączone zdjęcia choć trochę oddają klimat tamtych chwil. W tym miejscu podziękowania dla Pojechanej za jej wpisy o Australii na jej blogu, a w szczególności za ten, dzięki któremu trafiłyśmy do tego zachwycającego miejsca.

 

Po udanej sesji zdjęciowej przyszedł czas na drugie śniadanie i pyszną, lokalną kawę obserwując też jak się budzi do życia miasteczko Sanctuary Point. W pobliskiej kawiarni od razu zostałyśmy zauważone jako rasowe turystki i tak, od słowa do słowa okazało się, że szwagier pani za kontuarem jest Polakiem, ale ona niestety oprócz „Dzień dobry” nie potrafi powiedzieć słowa w naszym języku, który uważa za arcytrudny.

Następny punkt w naszym planie to pobliski Park Narodowy Booderee, gdzie spotkałyśmy się z dziką australijską przyrodą. W przeciwieństwie do plaż w Sydney (ManlyBondi, czy Coogee), tutaj można było napawać się spokojem, a przebijające się przez chmury słońce dodawało rajskiego pierwiastka temu miejscu. I tak mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że była to najpiękniejsza plaża, jaką kiedykolwiek widziałam.

A takiej wspaniałej przyrody jak w Parku Booderee też nigdy nie zapomnę. To tam właśnie miałyśmy okazję zobaczyć na żywo kukaburę (to taki ptak :), usłyszeć wspaniałą symfonię papug, no i wreszcie, na żywo pojawiły się, długo przez nas wypatrywane i wyczekiwane. Tak, są! :) Najpierw przy parkingu samochodowym pojedyncze sztuki a po chwili, za kępą drzew całe stado, leniwie wylegujące się na trawie. Mowa oczywiście o symbolu Australii, czyli kangurach. Te torbacze, ku mojemu zaskoczeniu, okazały się bardzo śmiałe wobec ludzi, by nie powiedzieć bezczelne, gdy beztrosko podchodziły do ludzi przy stole piknikowym, z nadzieją, że otrzymają jakiś smakołyk. Australijska przyroda nas zauroczyła, ale jak się później okazało, kolejna porcja wrażeń i przygód miała dopiero nadejść.

 

Po udanym trekkingu po Parku Narodowym Booderee, przed nami było jeszcze blisko 200 km do Canberry. Tym razem jednak zdecydowałyśmy, aby zyskać na czasie i zboczyć z głównej drogi szybkiego ruchu i skierować się na mniej uczęszczane drogi lokalne. A co tam… ;) I tak mniej więcej po 1,5h, jadąc jednopasmową i dość krętą drogą w pewnym momencie naszym oczom ukazał się niesamowity zachód słońca. Feeria barw była zachwycająca, a niebo aż żarzyło się od rozmaitych kolorów żółci, czerwieni i fioletu. Niestety, prowadziłam auto i nie było nawet dogodnego miejsca, aby się zatrzymać i uchwycić tę chwilę w obiektywie aparatu.

Gdy słońce już zaszło i mijałyśmy bardziej lub mniej opuszczone miejscowości, znużenie powoli dawało się już we znaki, a ja marzyłam o tym, aby być u celu. Wtem, gdy Ilona krzyknęła: Hamuj!, na pustej drodze przed naszym samochodem pojawił się wallaby, czyli mniejszy brat kangura. Poczułam ogromną ulgę, gdy zatrzymałam samochód 10 metrów przed zwierzakiem. W ułamku sekundy ciśnienie mi skoczyło i o żadnym znużeniu już nie było mowy. Tym bardziej że jeszcze przez kilka minut mierzyliśmy się wzrokiem niczym bokserzy przed walką. Wallaby na nas, my na wallabiego. Kto z nas pierwszy zrezygnuje i zejdzie z drogi? W końcu nastąpiła kapitulacja torbacza i łaskawie od kicał na pobocze, hen w otchłań australijskiej nocy. Jestem przekonana, że z całej naszej trójki, to właśnie ten niepozorny torbacz był najmniej przestraszony.

Dziękowałam sobie w duchu za rozsądną prędkość, bo spotkanie z 60kg zwierzakiem mogłoby się skończyć dla nas nie najlepiej. Ot, takie są przygody na australijskiej ziemi. Jak widać, nie trzeba było się oddalać daleko w głąb lądu, aby przeżyć dreszczyk emocji 😉 Na szczęście stolica Australii i cywilizacja z każdą minutą były coraz bliżej. Na horyzoncie widać było już łunę światła wielkiego miasta i pozostawało jedno pytanie: jak dojechać do naszego hotelu bez GPS’a? Przestudiowana wcześniej mapa oraz zapisany dokładny adres okazały się niewystarczające, aby dotrzeć do celu i zjechać odpowiednim zjazdem z trasy szybkiego ruchu. Po kilkunastu minutach błądzenia i kilku nawrotach trzeba było połączyć się z GPS’em i tym samym ściągnąć nieco danych przez roaming. I jak to często bywa, oczywiście okazało się, że zjazd był banalnie prosty, a nasza baza noclegowa znajdowała się tuż obok.

Dzień 8 – Wyjazd z Canberry i kierunek: Torquay

Nauczone doświadczeniem z dnia poprzedniego, rano pojechałyśmy na stację benzynową zatankować auto i przy okazji kupić kartę SIM do telefonu, aby mieć (wreszcie!) GPS’a i wiedzieć jak dokładnie dojechać na Torquay. Paliwo zatankowałyśmy ekspresowo i bez problemów. Jednak aktywacja numeru prepaidowego okazała się sporym wyzwaniem, a poziom frustracji narastał wraz z każdą kolejną minutą. Czas nas naglił, bo przed nami był najdłuższy odcinek w samochodzie: blisko 800 km i ok 8h drogi. Po ponad 30 minutach „zabawy” z kartą, gdy zbliżała się już godzina 11:00 postanowiliśmy wyjechać z Canberry bez GPS’a. Decyzja podjęta, odkładam telefon, odpalam samochód i… ops, auto się nie chce odpalić. Poziom frustracji osiąga już prawie szczyty Mount Blanc. Niestety, tracimy kolejne cenne minuty.

Na szczęście zatrzymałyśmy się na stacji, przy której znajdował się warsztat samochodowy. Włączyłam swój „uśmiech numer 5” i sympatyczny Pan Mechanik, bez szemrania pomógł nam naładować akumulator. Nie wziął za to od nas ani centa! Uśmiechnął się tylko i życzył nam bezpiecznej podróży 🙂

 

Finalnie, nadal bez GPS’a (!), mocno na czuja i po kilku minutach jazdy po mało intuicyjnych drogach Canberry, Ilona (pełniąca przez całą naszą drogę odpowiedzialną rolę pilota) skierowała nas na odpowiedni zjazd i szczęśliwie wyjechałyśmy w końcu na pożądaną drogę w kierunku Melbourne. Było już po 11.00 i miałyśmy przed sobą ponad 8h drogi! Sama trasa na szczęście okazała się lepsza niż ta do Canberry. Krajobraz zmieniał się co kilkadziesiąt kilometrów — od bujnych drzew liściastych przy wyjeździe ze stolicy Australii, poprzez łagodne pagórki i Górę Kościuszki, hen daleko gdzieś po lewej stronie. Zdążyłyśmy jej symbolicznie pomachać i utwierdzić się po raz kolejny w przekonaniu, że na pewno tu jeszcze wrócimy.

Znaki na trasie zachęcały nas, aby zatrzymać się w jednej z pobliskich winnic. Pokusa była ogromna, oparłyśmy się jej skutecznie, ale następnym razem, gdy odwiedzimy Australię — na pewno je odwiedzimy. Niestety, dość często mijałyśmy leżące na poboczu i potrącone przez auta wallabies.

Do Bells Beach — naszego miejsca noclegowego w Torquay dotarłyśmy wieczorem. Po tak ekscytujących przygodach z wyjazdem z Canberry marzyłyśmy tylko o tym, aby wziąć prysznic i położyć się spać. Liczba zrobionych zdjęć w tym dniu: 0 [fotograf był zajęty prowadzeniem auta 😉 ]

To była druga część naszych przygód na Antypodach. W kolejnej części (za kilka tygodni) opowiemy Wam o naszym pobycie nad The Great Ocean Road a tam to się dopiero działo… 😉 Mamy nadzieję, że udało nam się przyciągnąć Waszą uwagę i będziecie wyczekiwać kolejnego posta. Dajcie znać poniżej, co Was zainteresowało i jakie Wy mieliście najciekawsze przygody podczas swoich podróży?

Seria Australijska:

Kasia i Ilona


Może Ci się również spodobać...