Design/Art Jedzenie Kamila

Atelier Amaro – kolacja z gwiazdką w tle!

Pierwsza restauracja w Polsce, która otrzymała gwiazdkę michelin — to brzmi dumnie! W ostatnią sobotę sierpnia mieliśmy okazję się przekonać, czy jedzenie faktycznie jest warte grzechu.


Na wstępie chciałam zaznaczyć, że dalecy jesteśmy z moim małżem od bycia dyplomowanymi krytykami kulinarnymi. Jesteśmy jednak miłośnikami smacznej kuchni i chętnie próbujemy nowych doznań smakowych. Czy Atelier Amaro nam ich dostarczyło?

Nastawienie i pierwsze wrażenie

Przed wizytą w Atelier zrobiłam potężny research, wiadomo! Dowiedziałam się, że terminy oczekiwania są gigantyczne, jednak nam udało się wielkim fartem zarezerwować stolik na sobotę z 2-miesięcznym oczekiwaniem. Przy rezerwacji trzeba było podać numer karty płatniczej oraz dane kontaktowe. Zostaliśmy mailowo poinformowani, że rezerwację możemy odwołać najpóźniej 24h przed terminem. Jeśli tego nie zrobimy, a nie pojawimy się na kolacji — pieniądze i tak zostaną pobrane. Zdawaliśmy sobie również sprawę z tego, że w piątki soboty nie ma możliwości wyboru dań. W te dni serwowane jest menu w stałej ilości dziewięciu momentów,  na które przeznaczyć należy około 3-3,5h.

Nie ma co udawać, że bywamy w takich restauracjach co tydzień i szefów znamy po imieniu. Wydatek niemalże 800 zł w jeden wieczór jest nadal dla nas czymś abstrakcyjnym. Byliśmy jednak zafascynowani i niesamowicie ciekawi tych słynnych małych dzieł sztuki, które wyszły spod ręki Wojciecha Modesta Amaro. Ze względu na okazję (rocznica ślubu), zamiast weekendu w SPA postanowiliśmy zapewnić emocje naszym kubkom smakowym. Nie byliśmy nastawieni, że wszystko będzie nam smakowało, to jest chyba fizycznie niemożliwe. Liczyliśmy jednak, że potrawy nas zaskoczą pod względem nie tylko smakowym, ale i wizualnym. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że jest to miejsce fine dining, więc ubraliśmy się adekwatnie do sytuacji i pojawiliśmy się w sobotę o 21:30 przy Agrykoli 1. Przed wejściem czuliśmy się jak przed rozmową o pracę albo co najmniej przed ważnym egzaminem. Nie byliśmy nigdy w takim miejscu i zastanawialiśmy w jak dużym stopniu nie będziemy tam „pasować” 😉

Z zewnątrz restauracja wygląda dość niepozornie. Przyznam, że podczas spaceru mogłabym ją minąć i nie wiedzieć nawet, że te ściany kryją takie znamienite miejsce. Wewnątrz lokal jest niewielki, mieści może około 30 osób. Zadziwiająco jasny i pomimo małej ilości osób — mało kameralny. Spodziewaliśmy się romantycznego klimatu z przygaszonymi światłami, a czuliśmy się trochę jak na sterylnej sali. Stoliki ustawione na tyle blisko siebie, że słychać było co dzieje się przy stoliku obok i vice versa. U mnie wywoływało to lekki dyskomfort i niechęć do rozmowy z osobą towarzyszącą na tematy inne niż pogoda. Zaczęliśmy rozmawiać nieco swobodniej, gdy okazało się, że jesteśmy prawdopodobnie jedynymi polakami w lokalu. Zewsząd dochodziły rozmowy w języku angielskim, francuskim… była również spora grupka Japończyków, którzy nie przejmowali się, że ktoś usłyszy ich rozmowy po angielsku, które nie do końca były kulturalne, if you know what I mean 😉

Obsługa jak najbardziej na plus. Szalenie mili i pomocni. Wszystko tłumaczyli, wyjaśniali, żartowali. Nie możemy wyobrazić sobie lepszych kelnerów. O dziwo nie odczuliśmy u nich obecności żadnych przysłowiowych kijaszków, było za to mnóstwo profesjonalizmu.

Usiedliśmy, dostaliśmy krótki „scenariusz” opisujący, jak będzie wyglądał wieczór oraz czas, aby się z nim zapoznać. Po chwili zostaliśmy zapytani o ewentualne preferencje żywieniowe czy nietolerancje pokarmowe. Po ustaleniu szczegółów otrzymaliśmy menu i zaczęliśmy podróż w świat wyobraźni Modesta Amaro.

9 momentów

…których koniec końców było więcej niż 9. Owszem, głównych dań było właśnie tyle, jednak pomiędzy nimi mieliśmy okazję spróbować różnego rodzaju starterów, czekadełek, dodatków. Zaczęliśmy od:

SOSNA | JABŁKO

Pierwszy starter. Napój z pędów sosny i jabłka. Wyglądający niepozornie starter, który zajął w naszym sercu szczególne miejsce i nie chciał wyjść z głowy przez długi czas. Był przepyszny i orzeźwiający, chociaż żałujemy, że nie zamieniono nieco kolejności. Bylibyśmy zachwyceni, gdyby został podany na samym końcu w celu orzeźwienia po uczcie.

ZIEMNIAK | BAKŁAŻAN | PODPŁOMYK

To był starter numer dwa. Po początkowym napoju byłam tak nakręcona na kolejne momenty, że nie zrobiłam zdjęcia tego startera. Zorientowaliśmy się, jak już większej części nie było, więc wybaczcie — emocje wzięły górę 😉 To, co powinno znaleźć się na zdjęciu to trzy gałązki, na które nabity był ziemniak w popiele, podpłomyk oraz kawałek bakłażana w intensywnym syropie. Do potrawy dodany był oddzielnie sos. Ze wszystkich dań, to zachwycił nas chyba najmniej. Podpłomyk bardzo oblepił gałązkę, przez to ciężko było go zjeść. Ziemniak był poprawny, niestety nie uświadczyliśmy w nim nic nadzwyczajnego. Bakłażan było to faktycznie coś innego, ale nie trafił w nasze gusta.

JESIOTR | RENKLODA | KOPER

No i proszę Państwa, zaczynamy zabawę! Pierwszy moment! Danie było niesamowite! Wędzony i grillowany jesiotr idealnie doprawiony i przyrządzony w punkt — z resztą jak każda ryba, której mieliśmy okazję skosztować. Jeszcze skwierczący został zdjęty na naszych oczach z gorącego kamienia. Wszystko w finalnej kompozycji, wraz z lodowatą granitą i musem z renklody (francuskiej odmiany śliwy) sprawiło, że zmysły poszalały. 10/10 punktów!

PIECZYWO I MASŁO OBTOCZONE W SŁONECZNIKU

Domowe pieczywo było pierwszym czekadełkiem. Chleb z popiołem z palonego siana oraz maślane, puszyste bułeczki. Na naszych oczach domowej roboty palone masło zostało sprawnie obtoczone w świeżych pestkach słonecznika i pistacjach. Wszystko było przepyszne, jednak również niesamowicie syte. Przestraszyliśmy się, że nie dotarliśmy jeszcze do drugiego momentu, a czujemy, jak żołądki nam się zapełniają. Tak więc częściowo odpuściliśmy tę część posiłku, którą dokończyliśmy z czasem 🙂

JAGNIĘCINA | MLEKO | RUMIANEK

Tutaj niestety ja posmutniałam. Żałuję, ale najwidoczniej tatar, bo tym właśnie był drugi moment, nie jest moją mocną stroną. Przyznam, że był to pierwszy tatar w moim życiu i chyba ostatni. Wychodzę z założenia, że skoro tatar z takiego lokalu nie przypadł mi do gustu, to już żaden mi nie zasmakuje. Całość była dla mnie mdła i brakowało mi bardzo jakiegoś elementu chrupkości do przełamania. Herbatnik na wierzchu był miękkim plasterkiem zrobionym z mleka, który nie ułatwiał mi przebrnięcia przez jagnięce mięso. Pod spodem znaleźliśmy mus z pumpernikla a wszystko wykończone olejem rumiankowym. Byłam zmuszona niestety oddać danie mężowi, a jemu smakowało — więc jak widać, to już tylko kwestia mojego gustu 🙂

CIASTECZKO Z FASOLKĄ

To było nasze drugie czekadełko – tartaletka m.in. ze świeżą fasolką i (jeśli dobrze zapamiętałam) z kawiorem. Wszystko polane aromatycznym sosem oraz przyozdobione jadalnymi płatkami chabrów. Części składowych w tym maleństwie było tak dużo, że wybaczcie, ale praktycznie nic nie zapamiętałam z wrażenia 🙁 Przeszukałam internet i nigdzie nie znalazłam o niej wzmianki. Musicie wierzyć na słowo, że była to poezja w jednym kęsie! Kwaskowa, pyszna i orzeźwiająca.

BÓB | KRÓLIK | LAWENDA

Ukryte nerki królicze i bób w emulsji ze szparagów, zwieńczone odrobiną pudru lawendowego — to był nasz moment numer trzy! Obok leżał fenomenalny dziki brokuł skroplony musem z czarnego czosnku.  To był pierwszy moment, w którym na talerzu było coś innego, niż można było się spodziewać — czyli zakamuflowane królicze nerki. Posiłek był delikatny i świetnie zbalansowany. Moim zdaniem brokuł z czarnym czosnkiem przyćmił królika. Chapeau bas!

 

POZIOMKA | NASTURCJA | SZCZAWIK ZAJĘCZY

Ten moment był czwartym. Wyglądał wyjątkowo pięknie, ale mam wobec niego niesamowicie mieszane uczucia. Poziomki z consomme i szczawik zajęczy smakowicie kontrastowały z czarną miseczką. Domieszka dymnego smaku z palonych warzyw była ciekawym wzbogaceniem, chociaż zalewy, którą pokryto całość, było stanowczo za dużo. Zdecydowanie wolałabym, aby całość znalazła się na płaskim talerzu i została delikatnie skropiona dressingiem. Tymczasem dolna połowa dania była utopiona i zbyt intensywna w smaku. Pozostał tylko mocny i zbyt aromatyczny smak. Do połowy dania wspaniale, od połowy słabo. Dania nie dokończyłam.

PSTRĄG | CUKINIA | AKACJA

Piąty moment był niesamowitą kompozycją. W pierwszej kolejności na stole pojawił się talerz z kwiatami cukinii w tempurze. Następnie dostawiono przepięknie wyglądającą kompozycję cukinii marynowanej w oleju z nasturcji z dodatkiem miodu akacjowego. Od razu zaczęliśmy zastanawiać się gdzie podział się pstrąg. Okazało się, że nadzienie z wątróbki z pstrąga wypełnia przepiękne kwiaty, ułożone na trawce. Przyznam, że bardzo szkoda było niszczyć to dzieło sztuki. Przekonaliśmy się jednak, że każde danie w Atelier Amaro smakuje najlepiej wtedy, kiedy w ustach znajdą się jego wszystkie składniki. Całość zmieszana na talerzu to była istna bomba smakowa. Niedorzecznie smaczna potrawa!

LODY SZCZYPIORKOWE

To małe czekadełko numer trzy, nie tylko cieszył oczy, ale i oczyścił kubki smakowe. Zimne, orzeźwiające lody o bardzo niestandardowym, bo szczypiorkowym, smaku w mini rożku z palonej truskawki. Pycha, pycha! Piękne, piękne! 🙂

MORSZCZUK | KUKURYDZA | BIAŁA PORZECZKA

Kolejna ryba zwiastowała moment numer sześć. Przygotowana na liściu kukurydzy, podana z jej ziarnami, porzeczkami i kurkami. Rozbrajające było, jak kelner uprzedził nas o tym, że liść kukurydzy to jest jedyna niejadalna część podczas całej kolacji. Cieszyliśmy się, że nas o tym poinformował, bo nie jestem pewna czy nie spróbowalibyśmy go skosztować 😀 Wszystko było pyszne i całkiem sycące. A może to kwestia tego, że był to już szósty moment?

LIŚĆ SZCZAWIU

Nasze zdziwienie sięgnęło nieba, kiedy przed nami pojawiło się na kamieniu czekadełko numer cztery. Puder z polnych kwiatów na zmrożonym azotem liściu szczawiu. Otrzymaliśmy informację, aby nie zwlekać zbyt długo i skosztować go jak najszybciej. W ustach dosłownie się rozpadał, a temperatura sprawiała, że uwalniał swoją kwasowość. Było mega zaskakujące i oczyszczające. Duży pozytyw!

DZIKA KACZKA | SIANO | KALAREPA

Moment numer siedem — na niego czekaliśmy z niecierpliwością. Wiedzieliśmy, że ryby są przygotowane po mistrzowsku, ale co z kaczką (dojrzewającą w sianie przez niemalże 3 tygodnie)? Kucharze jej samej poświęcili 7 technik (m.in. wędzenie na sianie oraz drzewie wiśni). Kilka razy w życiu próbowałam kaczki i nigdy nie byłam jej wielką fanką. Doceniam jak najbardziej jej przygotowanie. Czuć było, że była maksymalnie dopracowana w smaku. Moim zdaniem była jednak twarda. Może dzika kaczka ma to do siebie, nie wiem, jadłam po raz pierwszy. Była jednak dla mnie ciężka do przekrojenia. Oczekiwałam kruchości i mięsa rozpływającego się w ustach a otrzymałam kawałek, z którym musiałam się trochę posiłować. O dziwo, mąż dostał kawałek, który był kruchy i nie stawiał oporu tak jak mój. Widać, miałam pecha.

Trzy dodatki: pistacjowy mus aromatyzowany trawą żubrową oraz po kawałku buraka i kalarepy. Rozumiem zabieg — każdy z trzech dodatków miał zupełnie inną teksturę. Były one jednak dla mnie albo obojętne, albo jak w przypadku kalarepy, bez smaku. Sos, na którym spoczywała kaczka, był niesamowicie intensywny. Palone posmaki były mocno wyczuwalne i to one, a nie kaczka, królowały na talerzu.

MALINA | PYŁEK PSZCZELI | CHABR

Tuż przed podaniem ósmego momentu nastąpiła zmiana nastroju na naszym stoliku. Wymieniono nam serwety z białych na czarne, które spryskano przy nas eleganckimi perfumami. Zmieniło się oświetlenie (na czarny przepiękny świecznik) oraz sztućce (złoto brązowe).

Na stół zostaje postawione misa wypełniona suszonymi malinowymi “kamyczkami”. Na niej ułożono dwie rurki (również z suszonych malin), wypełnione pszczelim pyłkiem i musem z kurkumy. Wszystko obsypane płatkami chabrów. Piękne i smaczne. Wszystko grało, poziom słodyczy i kwasowości idealnie wyważony. Szkoda, że było tego tak mało! 🙂

CZARNY BEZ | JAGODA | ZIELONY JAŁOWIEC

Niesamowicie elegancki dziewiąty moment. Było na talerzu wszystko, czego można było sobie zażyczyć. Różne smaki, różne tekstury — przy tym deserze, ktoś zdecydowanie poszalał z konwencją. Kwaśny sorbet z czarnego bzu, kremowa mleczna granita, owoce i mus jagodowy a do tego gałązki jałowca. Znowu było ślicznie i za mało! 🙂

Po tym deserze otrzymaliśmy propozycję kawy lub jednej z herbat liściastych, których bogatą kolekcję zaprezentowano nam przy stoliku na drewnianej tacy. Postawiliśmy na owocowe smaki herbaty, którą otrzymaliśmy w eleganckim imbryczku. Wysokie filiżanki z małym uszkiem umiejscowionym na samej górze, nie ułatwiały utrzymania w ręku gorącego napoju. Taka mała wada 🙂

MORELA I TRAWA ŻUBROWA | PACHNOTKA I CZEREMCHA | NASTURCJA I CZARNY BEZ

Na zakończenie wieczoru, kiedy to już byliśmy niesamowicie najedzeni, w menu zauważyliśmy Petit Fours (z fr. “mały piekarnik”), które było jeszcze przed nami. Misa wypełniona kruszonym lodem a na niej: listki pachnotki skrywające granitę z czeremchy, kwiatki nasturcji połączone z ajerkoniakiem oraz morelowe praliny z trawą żubrową. Usłyszeliśmy, aby raczej nie starać się rozgryzać tych maleństw, bo ich wnętrza są dość płynne. I faktycznie, o tyle, co granita i ajerkoniak trzymał się w środku, to praliny delikatnie pękły i rozlały na języku. Wszystko było świeże, pyszne i zaskakujące. Chociaż mój smak podpowiada mi, że chętnie posmakowałabym granitę z czeremchy w innym rodzaju liścia. Pachnotka nie przypadła mi do gustu.

Dlaczego tam poszliśmy?

Zanim odpowiem na to pytanie, chciałam przytoczyć komentarze, które słyszeliśmy osobiście oraz te, które czytałam na internecie pod recenzjami innych blogerów po wizycie w Atelier.

„Tylko dla bogaczy nie dla przeciętnego polaka z pensją 2000… ale jak niektórzy mają pensje 50.000 miesięcznie to, czemu nie…”

No nie! Dopiero teraz mi mówisz, że zarabiam 50 tys. miesięcznie?! Jakbym wiedziała wcześniej, to bym sobie inaczej życie ułożyła! Wielkie dzięki!

„Za taką cenę niektórzy muszą miesiąc przeżyć. Źle bym się czuła, wydając tyle pieniędzy na takie małe porcje…”

Czy czujesz się źle, kupując swojemu dziecku czekoladę, skoro wiele dzieci nawet nie zna jej smaku? A może czujesz smutek, że jedziesz raz w roku nad polskie morze, podczas gdy niektórzy ludzie nie mieli wakacji od lat? Świat nie jest sprawiedliwy, wiadomo. Nie rozumiem natomiast podejścia, które zakłada postawę męczeńską, bo inni mają gorzej. Jeśli człowiek ciężko pracuje na to, żeby spełniać swoje marzenia i zachcianki — nie powinien być za to potępiany. To są pieniądze tej osoby i nikt nie ma prawa zaglądać jej do portfela.

Na dodatek żaden z tych krzykaczy nie weźmie pod uwagę, że aby wyjechać na wycieczkę marzeń, polecieć balonem czy właśnie zjeść w gwiazdkowej restauracji (co kto lubi i co komu sprawia przyjemność), ktoś być może był zmuszony odmawiać sobie innych rzeczy. Nie wiadomo, ile osoba poświęciła czasu na odkładanie miesiąc w miesiąc, żeby spełnić tę swoją zachciankę. Przestańmy być w końcu zaściankiem umysłowym! Żyjmy i dajmy żyć innym. Co-kto-lubi.

„To ja jednak wybieram schabowego jak ręka plus surówka i góra frytek. Za 19,99, bo jak idę do restauracji to tylko i wyłącznie z zamiarem najedzenia się ma być dobrze i dużo.”

Babciny schaboszczak zawsze na propsie, wiadomo. Jednak świat poszedł naprzód i jedzenie nie służy już tylko do zapchania brzucha. Jest ono na równi z innymi życiowymi doświadczeniami i przygodami, które warto poznawać. W Atelier Amaro podawane jest tak zwane Menu Degustacyjne — czyli wiele małych porcji i uwierzcie, spokojnie da się tym najeść!

Dlatego więc tam poszliśmy? Bo mieliśmy taki kaprys. Bo jesteśmy ciekawi świata i wszystkiego, co z nim związane. Bo lubimy jeść. Bo więcej frajdy sprawia nam dobra kolacja niż weekend nad morzem. Bo była ku temu bardzo dobra okazja. I w końcu: bo chcieliśmy.

Podsumowanie

Jeśli miałabym wybrać faworyta wieczoru, byłby to napój sosna/jabłko, jesiostr z renklodą i koprem a na deser malina z pyłkiem pszczelim. Atelier Amaro to jeden wielki zbiór emocji. Przed wejściem niepokój, przy wejściu onieśmielenie, przy jedzeniu zaskoczenie a po wyjściu wulkan konkluzji i dzielenia się wrażeniami! Pomimo naszego spięcia przed i na początku kolacji, szybko zaczęliśmy podchodzić do tego na luzie. W końcu mieliśmy czerpać z tego przyjemność! Cudownym aspektem była krótka pogawędka z kelnerem, który dbał o nasz stolik. Ciekawe anegdotki dotyczące potraw w oczekiwaniu na taksówkę umiliły czas. Po opłaceniu rachunku nie zostaliśmy pozostawieni sami sobie. Sympatyczna atmosfera panowała aż do samego progu Atelier. I na koniec…

Czy wrócimy do Atelier Amaro?

Raczej nie. Wieczór będziemy wspominać bardzo długo, to pewne! Jednak Atelier to dla nas jednorazowa przygoda. Wiemy już jak smakuje fine dining i jaka atmosfera panuje w gwiazdkowej restauracji. Zachęcamy do zafundowania sobie raz w życiu takiej kolacji na specjalną okazję. Zdaję sobie sprawę, że ciężko nie patrzeć na restaurację przez pryzmat rachunku, z którym się z niej wychodzi. Mimo wszystko gorąco polecamy to przeżycie, bo po wizycie zmienia nam się nieco postrzeganie jedzenia samego w sobie. Miejsce odwiedziliśmy z ciekawości i została ona zaspokojona. Możemy ruszać dalej w świat ze świadomością, że już wiemy „z czym to się je” 🙂 Na koniec zdjęcie zrobione około północy, kiedy to zostaliśmy już tylko my i dwa stoliki.

Trzymajcie się!
Kamila


Już niedługo pojawi się również wpis o naszej wizycie w restauracji SHOKU. Kliknij tutaj i polub aby tego nie przegapić 🙂

Może Ci się również spodobać...