Kamila Kultura W duszy

“Tell me how I should be. Just tell me. I’ll do it.”

Czyli dlaczego “Blue Valentine” jest najbardziej poruszającym filmem o miłości? [Recenzja]


“You always break the kindest heart with a hasty word you can’t recall.
So, if I broke your heart last night, it’s because I love you most of all.”
– The Mills Brothers

Znacie ten schemat: młodzi i piękni zakochują się w sobie, długo jest pięknie, potem następuje wielka kłótnia, rozstanie a finalnie wielki powrót z muzyką i tancerzami w tle. Ona płacze ze szczęścia, on ją ściska — żyją długo i szczęśliwie. Ja z reguły nie lubię filmów miałkich, przedstawiających miłość jako wartość stałą i niezmienną. Myślę, że postrzeganie jej w takim świetle jest obrazą dla tak skomplikowanego i niepozwalającego zamknąć się w ramy szablonu stanu. Rodzajów miłości jest tak wiele, jak wiele jest par na świecie. Ile osób, tyle racji. Ilu zakochanych, tyle popełnionych błędów. I w końcu ile charakterów, tyle problemów w relacjach.

Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, dlaczego filmy o miłości ze szczęśliwym zakończeniem są oglądane z takim zapałem. Dlaczego tak wielu widzów uwielbia być karmionych pozytywną papką, którą jest “happy ending” bez wysiłku, podczas gdy tych o rozpadzie związków jest jak na lekarstwo. I nie zrozumcie mnie źle — nie twierdzę, że miłość to cierpienie i prędzej czy później skończy się rozwodem. Mam na myśli otoczkę, według której ta przestrzeń między pierwszym zauroczeniem a wspólną starością jest brokatem i jednorożcem rzygającym tęczą.

Filmy przekonujące nas do teorii – jeśli się kochacie, nie musicie robić już nic więcej – są szkodliwe dla społeczeństwa. Jestem przekonana, że zatrważająca liczba widzów po takim seansie wychodzi, patrzy na swojego partnera i myśli: “Ah, gdyby tylko mój był taki spontaniczny / odważny / kreatywny / bogaty / przystojny…” – niepotrzebne skreślić. Inni z kolei będą myśleć, że skoro drugi weekend z rzędu przesiedzieli przed Netflixem w domu to ich miłość wygasła i pozostało tylko przyzwyczajenie. No to mam coś dla was ptaszyny moje — zazwyczaj miłość tak nie działa, dorosłość tak nie działa, codzienność tak nie działa, życie tak nie działa.

W 2016 roku rozwiodło się aż 64 tys. par, a dodatkowo wobec 1,7 tys. małżeństw sąd orzekł separację.

Bo codzienność i bycie z kimś w związku to praca i koniec końców to całkiem przyziemna proza życia codziennego. I właśnie w momencie, w którym ona wkracza — związek przechodzi próbę, która zweryfikuje czy to faktycznie miłość, czy tylko zauroczenie i przywiązanie.

Derek Cianfrance w “Blue Valentine” wycisnął z tematu miłości wszystko, co było potrzebne, ale nic ponadto. Nie dał nam recepty na szczęśliwy związek. Nie znajdziemy w filmie panaceum na problemy w małżeństwie ani spisu zasad, które uchronią nas przed losem Dean’a i Cindy. Przedstawił nam przekrój dwójki ludzi, którymi kierują różne życiowe cele i pragnienia. Małżonków, którzy koniec końców się nie znają, a ślub był największym błędem ich życia.

Reżyser daje nam wolną rękę w ocenie dramatycznych zdarzeń w jego dziele. To do nas należy decyzja czy wina leżała po stronie dziewczyny, chłopaka, pośrodku a może cokolwiek by nie zrobili — życie napisało już scenariusz za nich i nie mieli na to wpływu. Daje nam znaki, punkty zaczepienia i poszlaki. Możemy podejrzewać, że Cindy wyszła za Deana nie z miłości, ale po to, aby uciec od ojca, obecnego chłopaka i w końcu po to, aby mieć kogoś “good enough”. Kogoś, kto będzie ją kochał i będzie przy niej. Dean z kolei może być posądzony o stagnacje w związku. Wystarczy mu to, co posiada teraz. Nie wykazuje perspektyw na “lepsze” (według Cindy) i bardziej dostatnie życie. Jedyne czego chce od życia to być ojcem i mężem.

I feel like men are more romantic than women. When we get married, we marry, like, one girl, ’cause we’re resistant the whole way until we meet one girl and we think, “I’d be an idiot if I didn’t marry this girl. She’s so great.” But it seems like girls get to a place where they just kinda pick the best option… “Oh he’s got a good job.” I mean they spend their whole life looking for Prince Charming and then they marry the guy who’s got a good job and is gonna stick around. [Dean]

Cindy natomiast nawiedzana jest przez myśli o zatraconych marzeniach. Jest przekonana, że jej życie miało wyglądać inaczej. Nie wystarczy jej to, co ma, co powoduje według niej koniec uczucia do męża. Problem w tym, że Dean nigdy nie obiecywał niczego ponad swoją bezwarunkową miłość i oddanie. Cindy natomiast przez lata dusiła w sobie swoje przemyślenia, nie dając mu nawet cienia sugestii, że z jej perspektywy coś się psuje. A w momencie, w którym “pękła” to Dean walczył o ich małżeństwo i rodzinę, podczas gdy ona z wejścia postawiła ją na przegranej pozycji. Dla niej była to tylko kwestia czasu i chwili, w której Dean da za wygraną.

Produkcja w piękny sposób nie pozwala nam pozostać obojętnymi nie tylko na losy bohaterów, ale również wgryza się w nasze życiowe doświadczenia. W trakcie seansu, jak i po nim pozostawia nas z przemyśleniami dotyczącymi naszego związku. Może nas pocieszyć, wystraszyć albo upewnić w fakcie, że jesteśmy z odpowiednią osobą. Skazuje nas na przemyślenie kwestii, które na co dzień zatraciły swoją wartość lub słów, których do końca nie rozumieliśmy (na przykład słowa przysięgi). Pokazuje nam, że czasami to nie nasze szczęście i marzenia są najważniejsze.

Film pięknie wzmacnia elementy dramatu, równolegle z nimi prowadząc nas przez sceny z początku romansu. Jest szczery, pozbawiony ckliwości i słodyczy. Jest od początku do końca wiarygodny, napisany w taki sposób — aby nikt nie miał wątpliwości co do prawdziwości związku dwójki bohaterów. Przytłacza autentycznością.

Ścieżka dźwiękowa i zdjęcia są cudownym dopełnieniem “Blue Valentine”. Piosenki nie wybijają z rytmu filmu, ale idealnie scalają się z atmosferą. Gra aktorska Gosling’a i Williams zasługuje na ‘kapelusze z głów’ – bez niej film nie byłby tak porażającą całością.

Jeśli więc macie dość ckliwych romansideł, chcecie czegoś surowego, prawdziwego i niepodanego na tacy — sięgnijcie po “Blue Valentine”. Nie powinniście być zawiedzeni. Ode mnie jest to 9/10, z wielkim serduchem! Nawet jeśli jest to według niektórych za wysoka ocena — podrzućcie mi tytuł, który zdeklasuje to dzieło. Na teraz jest to dla mnie najbardziej poruszający film o miłości. Czekam na wasze propozycje 🙂

Trzymajcie się!
Kamila

Może Ci się również spodobać...