Bez kategorii

“Dobrze jest, czego ryczysz” – witaj depresjo

Biorąc konkretny lek, nie czytam skutków ubocznych z ulotki. Dobrze wiem, że skoro lek muszę wziąć, to nic mi nie da świadomość, co może pójść nie tak. Wychodzę z założenia, że jak coś się będzie działo – wtedy będę czytać. No i przeczytałam – jak zachorowałam na depresję.


9 października napisałam post o skutkach ubocznych leku hormonalnego Clostilbegyt (o tutaj). Podsumowałam to tym, że mój organizm chyba pomału wraca do normy i muszę tylko dać mu czas. Niestety moja radość była przedwczesna, bo tydzień po napisaniu posta moje stany depresyjne się pogorszyły. Dwa miesiące po odstawieniu leku i permanentnej depresji stwierdziłam, że chyba czas już wybrać się do specjalisty – bo sama sobie z tym nie poradzę, a jest coraz gorzej. Realnie zaczęłam się bać o to, że tak już będzie wyglądać moje życie.

Nie tylko psychika

Poza nieprzerwanym uczuciem najgorszego smutku, jaki czułam w życiu. Beznadziei, wyprucia z jakichkolwiek pozytywnych emocji i sił zaczęły dochodzić do tego objawy psychosomatyczne:

  • problemy skórne,
  • bóle głowy,
  • nudności,
  • ból i ucisk w klatce piersiowej,
  • trzęsące się ręce,
  • spadek wagi,
  • całkowity brak apetytu,
  • drażliwość na dotyk,
  • ciągłe zmęczenie,
  • przewlekłe spanie.

Kiedy tylko mogłam sobie na to pozwolić, spałam nawet po 15 godzin. Resztę doby siedziałam jak zombi, gapiąc się w telefon i oglądając największe bzdury, byle tylko rozproszyć czymś umysł. W ciągu tygodnia schudłam ponad 4 kg. Czułam fizycznie głód, ale jak tylko próbowałam coś zjeść, miałam odruch wymiotny. Reagowałam nerwowo na jakikolwiek kontakt fizyczny. Każde czyjeś dotkniecie, powodowało odruch ucieczki.

Moja koncentracja spadła do zera, nie byłam w stanie podejmować żadnych racjonalnych decyzji. Delikatna zmiana tonu w głosie osoby, z którą rozmawiałam, powodowała u mnie płacz, bo mój chory umysł skutecznie wmawiał mi, że jestem beznadziejna i każdy ma mnie dość. Byłam przeświadczona, że wszystkich męczę swoim stanem i miałam ogromne wyrzuty sumienia. Czułam się jak kretynka. Moje nerwice natręctw osiągnęły apogeum.

Pierwsza wizyta u psychiatry

Moje resztki logicznego myślenia kazały mi iść do psychiatry. Wiedziałam, że potrzebuję leczenia farmakologicznego — bo farmakologia wpędziła mnie właśnie w ten stan.

Dokładnie dziewięć tygodni po odstawieniu leku wylądowałam w gabinecie u psychiatry. Wizyta wypadła akurat w dniu, kiedy miałam koszmarny stan psychiczny. Jadąc na spotkanie, zastanawiałam się, czy to dobrze, czy źle. I czy w ogóle będę w stanie mówić, skoro nie jestem w stanie przez płacz wykrztusić z siebie słowa, a co dopiero opowiadać o tym, jak się czuję.

Po wejściu i wypełnieniu formalności z danymi osobowymi usłyszałam standardowe, ale spokojne: “W czym mogę Pani pomóc?”. Zaczęłam mówić i po drugim zdaniu pękłam. Lekarz tylko przysunął mi pudełko z chusteczkami i uspokoił, żebym się nie krępowała i na spokojnie spróbowała złożyć zdanie, kiedy tylko będę gotowa. Po niecałej minucie zebrałam się w sobie i zaczęłam mówić. Moja wizyta i cały wywiad medyczny trwał godzinę.

Nie spodziewałam się tak dokładnego wywiadu. Lekarz poruszał nie tylko temat mojego aktualnego stanu, ale również mojego dzieciństwa, pracy, planów, codzienności, relacji z rodziną i ogólnie ludźmi. Przeanalizował wszystkie aspekty, które mogłyby wpłynąć na to, co się teraz ze mną dzieje. Zwrócił uwagę na moje nerwice natręctw oraz DDA (zasugerował zastanowienie się nad terapią w tym kierunku).

Finalnie usłyszałam, że mam depresję egzogenną, czyli spowodowaną czynnikami zewnętrznymi (w moim przypadku lekami). Dodatkowa informacja to taka, że w moim przypadku nie ma potrzeby prowadzenia psychoterapii, bo problem leży w chemii, a nie psychice. Dostałam dokładne wyjaśnienie, jakie są rodzaje antydepresantów, jak działają i oczywiście jakie są ich skutki uboczne, na które muszę się przygotować w pierwszym tygodniu przyjmowania.

Antydepresanty

Po rozmowie i celu, który chcemy osiągnąć dzięki lekom, została mi przepisana wenlafaksyna. Jest to inhibitor wychwytu zwrotnego noradrenaliny i serotoniny (SNRI). Działa podobnie jak SSRI, tylko ma szersze zastosowanie. Zwalcza objawy depresji, napady paniki i stany lękowe. Otrzymałam wytyczne, aby przyjmować ją w dwóch różnych formach i dawkach:

  • pierwsze dziesięć dni – Alventa 37,5 mg
  • następnie po tych 10 dniach przechodzimy na Efectin 75 mg.

Pierwsze dziesięć dni ma przygotować mój organizm do normalnej dawki i dać mu szanse na łagodne przejście.

Dostałam informację, że właśnie wenlafaksyna jest antydepresantem, który działa stosunkowo najwcześniej ze wszystkich antydepresantów, bo u niektórych pacjentów pierwsze efekty pojawiają się “już” po 10 dniach. Niestety antydepresanty to nie magiczne “szczęśliwe pigułki”, które sprawią, że w 5 minut poczujesz się lepiej. Leczenie depresji to mozolny proces, który potrzebuje czasu.

Usłyszałam również, że pierwszy tydzień na lekach antydepresyjnych może być ciężki i muszę mieć to cały czas z tyłu głowy. Przystosowanie się organizmu do leku może powodować m.in. bóle głowy, nudności, wymioty, problemy żołądkowe, zawroty głowy, dekoncentrację, skoki ciśnienia i inne. Koniec końców stwierdziłam, że mam to głęboko w tyłku. Mój stan psychiczny był w takim stanie, że mogłabym wymiotować cały tydzień ze świadomością, że to pomoże.

Dzisiaj jest 8 dzień, jak biorę Alventę. Faktycznie pierwsze dni nie były najłatwiejsze. Poza bólami głowy i karku, nudnościami (obyło się bez wymiotów), zawrotami głowy miałam uczucie “oderwania” od rzeczywistości. Byłam jakby poza swoim ciałem i podczas szybszych ruchów głową miałam wrażenie, jakby mój umysł był wolniejszy niż ciało. Trwało to około 5 dni. Do tej pory utrzymuje mi stały stan pragnienia — cały czas chce mi się pić i mam sucho w ustach. Wszystkie skutki uboczne powinny minąć po dwóch tygodniach.

Całe leczenie jest dość długie, bo może trwać miesiące. Schodzenie z leków też jest stopniowe, aby wyeliminować szansę na powrót choroby.

Tabu, mity i strach

Nigdy nie miałam problemu z mówieniem o problemach zdrowotnych czy innych tematach uważanych za “wstydliwe” przez społeczeństwo. W domu nie było tematów tabu i nie zostałam wychowana we wstydzie i strachu “co ludzie powiedzą”. Zasadniczo nic co ludzkie…

Jak zaczęłam mówić o tym, że mam problemy depresyjne spotkałam się jedynie ze wsparciem i czymś w rodzaju “Wow! Podziwiam Cię, że o tym mówisz publicznie!”. Nie czuję się odważnie, mówiąc o tym, bo nie widzę w tym nic zdrożnego. Mózg choruje tak samo, jak całe nasze ciało. Nie wstydzisz się iść do ortopedy, kiedy boli kolano, nie wstydź się iść do psychiatry, kiedy cierpi dusza. W Polsce na depresję choruje nawet 1,5 mln osób! Jeśli ktoś pomyśli o mnie źle, bo biorę antydepresanty (albo chodzę do psychiatry), to dobrze. Nie chcę mieć takich osób w swoim otoczeniu.

Antydepresanty NIE robią z Ciebie wariata, tak jak nie robi też tego ibuprom. One zmieniają jedynie chemię mózgu odpowiedzialną za objawy depresji, a nie osobowość. Dzięki nim mam coraz bardziej unormowany nastrój i przede wszystkim, małymi krokami, zaczynam czuć się znowu sobą. Jestem w stanie wykonywać codzienne obowiązki, rozmawiać, jeść, planować, czuć i myśleć pozytywnie. Miałam wielkie szczęście trafić do lekarza, który dobrał idealnie leki (jak na teraz). Mam nadzieję, że będzie tylko lepiej. Będę informować na bieżąco.

P.S. Nigdy nie mów człowiekowi w depresji, żeby się ogarnął, przestał narzekać (bo nie ma powodu, albo inni mają gorzej – co to w ogóle jest za argument), poszedł na spacer, wyszedł na słońce, poruszał się, obejrzał coś wesołego. To tak nie działa.

 

Trzymajcie się!
Kamila

Może Ci się również spodobać...