Japonia Jedzenie Kamila Lifestyle Podróże Przepisy

Gdzie zjemy najlepszy ramen w Warszawie?

Po powrocie z Japonii wiedzieliśmy, czego będzie nam brakować najbardziej: pysznej michy parującego wywaru. Wyruszyliśmy na poszukiwania najlepszego ramenu w Warszawie. Jak nam poszło?


Za każdym razem do wszelkich rankingów podchodzę zawsze z pewną dozą rezerwy – zwłaszcza do tych kulinarnych. Są to pozycje mocno nacechowane indywidualnymi gustami i nie ma możliwości, aby były obiektywne. Coś do kogoś trafiło albo nie. Na dodatek w sytuacji, kiedy na warsztat bierzemy danie, którego nie mamy szansy spróbować w oryginalnej wersji — zaczynają się schody. Tak jest nie tylko w kwestii orientalnego ramenu, ale na przykład włoskiej pizzy — tak popularnej w Polsce (ja nigdy nie byłam w Italii i nie wiem, jak powinna smakować prawdziwa pizza).

Po trzech tygodniach szwendania się wraz z moim małżem po japońskich rameniarniach, mamy już wiedzę, jak to danie powinno smakować i przez to jesteśmy też nieco bardziej wymagający. Zapraszamy więc do naszej listy najlepszych ramenów w Warszawie — czyt. tych z najbardziej zbliżonym smakiem do japońskiego ideału. 😉

4. Arigator Ramen Shop

Z zewnątrz Arigator nie wydaje się szczególnie zachęcający, jednak nauczeni tym, że w Japonii najsmaczniej zjedliśmy w tych niepozornych i „podejrzanych” miejscówkach byliśmy dobrej myśli! Wystrój i klimat bardzo przypadł mi do gustu (nie mylić z miejscem, bo tego było jak na lekarstwo). Przy próbie usadzenia się na miejscach poczuliśmy wadę lokalu — ciasnotę. Siedząc przy oknie, cały czas miałam plecy innego gościa na swoich… ale przecież przyszliśmy tu dla smaku! Ja zamówiłam Shoyu Wagyu Ramen z wołowiną, szczypiorem i jajkiem a mąż Carboramen (boczek chashu, żółtko, parmezan, zielona część dymki, nori). Zawsze staramy się, aby chociaż jedno z nas zamówiło podstawowy Shoyu, aby mieć jak najlepsze porównanie z innymi lokalami.

Pierwszym zdziwieniem były porcje — szczerze mówiąc, nie zachwycały. Niewielkie miseczki a w nich jeszcze mniej jedzenia.

Drugie zdziwienie to sam Carboramen, w którym zabrakło wywaru. A raczej zabrakło moim zdaniem w tej sytuacji jednego zdania wyjaśnienia w menu. Przy zamówieniu czegoś tak nieoczywistego, dobrze byłoby wspomnieć, że jest to pewna wariacja Mazemen (ang. Japan’s No-Broth Ramen) — czyli ramenu bez wywaru. Ja wiem, że w dzisiejszych czasach ramen jest teoretycznie taki, jaki sobie tylko wymyślisz, w Polsce jednak jest on nadal, mimo rosnącej popularności, czymś nowym i trzeba mocno stawiać na informacje, które wprowadzą ludzi w ten orientalny świat.

Po spróbowaniu mojego Shoyu jeszcze bardziej żałowaliśmy, że porcja jest tak mała, bo ramen sam w sobie był bardzo dobry! Rzodkiewka fajnie przełamywała smak. Mięso obsmażone dodawało intensywności smaku. Koniec końców wyszliśmy z dosyć sporym rachunkiem (nawet jak na Warszawę) i z myślą, że zabrakło nam jeszcze tych kilku łyżek.

Lokalizacja: ul. Piękna 54 (8 minut od metra Politechnika)
Wywar: bardzo dobry.
Jajko: idealnie ugotowane na miękko, jednak marynata pozostawia wiele do życzenia. Widoczna jedynie ciemna obwódka i smak, który niestety nie zdążył dotrzeć do żółtka.
Porcja: mała 🙁
Cena: 45 zł za Shoyu — zdecydowanie za wysoka.
Czy wrócimy? Nie, ale tylko i wyłącznie z tej przyczyny, że u konkurencji dostaniemy większą porcję o takim samym i lepszym smaku.

3. Vegan Ramen Shop

Jakby nie patrzeć, jesteśmy raczej mięsożerni, więc wizyta w Vegan Ramen Shopie była dla nas ciekawostką i wyzwaniem!

Odwiedziliśmy Vegan jak jeszcze mieli tylko jedną lokalizację: na Finlandzkiej. Spacer mostem poniatowskiego zmęczył nas niesamowicie (środek lata). Na szczęście nie było kolejki i tłoku, bo miejsca jest w lokalu jak na lekarstwo. Przywitało nas bardzo średnie zainteresowanie klientem. Czuliśmy się jakbyśmy byli tam niezbyt mile widziani. Kelner sprawiał wrażenie za dobrego na obsługiwanie gości. Może to tylko moje przewrażliwienie, ale przez dobry kawałek życia pracowałam w obsłudze klienta i jestem na to uczulona.

Na szczęście ramen nas uszczęśliwił. Do tej pory jesteśmy pod wielkim wrażeniem, jak można było uzyskać taką esencjonalność i głębie smaku bazując tylko na wegańskich produktach. Chcieliśmy oczywiście zamówić Clear Shoyu, niestety się skończył. Pozostaliśmy więc przy Creamy Shio (marynowany shitake, nori, szczypiorek, kiełki mung oraz olej z palonego czosnku). W menu jest informacja, że szef kuchni poleca ten rodzaj ramenu na pierwszy raz. Najwidoczniej ma rację 🙂

Jak tylko dowiedzieliśmy się, że Vegan otworzył drugą lokalizację na Mokotowie, popędziliśmy, aby spróbować swojego szczęścia. Udało nam się dopiero za trzecim podejściem. Zachwyceni, że w końcu udało nam się dostać do środka, zamówiliśmy długo wyczekiwany Clear Shoyu (6 rodzajów grzybów, sos sojowy, olej z jabłka, cebuli i imbiru, enoki, por, mizuna i pieczony pomidor) oraz ponownie, znany nam już Creamy Shio (gęsty i kremowy bulion z marynowanymi shitake, kiełkami mung, nori, szczypiorkiem i olejem z palonego czosnku). Niepozorne na pierwszy rzut oka miski, okazały się bez dna — więc najeść się można! Obsługa przemiła i pełna energii.

Największym zaskoczeniem był dla nas makaron, który jak z naszego doświadczenia wynikało, nie powinien być tak dobry. Tu Kazimierzowska zdecydowanie prześciga Finlandzką (na której przywitał nas on zbyt kleistą, miękką i mazistą konsystencją). Więc kolejny punkt dla lokalizacji na Mokotowie!

Jedyne, do czego bym się przyczepiła to do za głośnej muzyki w lokalu i… pieprzu. Jak dla mnie jego forma mocno przeszkadzała w momencie, kiedy moje podniebienie w jednej sekundzie lata w chmurach a w drugiej jest już sprowadzane na ziemie, bo rozgryzłam całą kulkę pieprzu. Brrr!

Wynik pomiędzy dwójką ramenów zdecydowanie na korzyść kremowego Shio! Przepyszny, głęboki i grzybowy smak wywołuje uśmiech na twarzy od pierwszej łyżki. Nie ma się do czego przyczepić! Miał zdecydowanie więcej Umami niż Shoyu, który był dobry, ale nie powalił (chociaż pomidor był doskonale doprawiony, a kiełki skradły moje serce).

Lokalizacja:

  • ul. Finlandzka 12a (20 minut od metra Stadion Narodowy, a jeśli warunki pogodowe pozwolą, polecam przechadzkę mostem Poniatowskiego.
  • ul. Kazimierzowska 43 (8 minut od metra Racławicka) – tą zdecydowanie polecamy!

Wywar: w Creamy Shio cudownie esencjonalny! Jak oni to zrobili?
Jajko: z przyczyn oczywistych — brak.
Porcja: baaardzo słuszna!
Cena: 28 zł za Shio i 30 zł za Shoyu.
Czy wrócimy? Tak, ale na Mokotów 🙂

2. Uki Uki

Uki Uki było naszym pierwszym ramenem w życiu. Odwiedziliśmy go jeszcze przed wyjazdem do Japonii. W tamtym czasie wydawało nam się, że ramen nie może być lepszy! Jakie było nasze zdziwienie, kiedy po przyjeździe do Tokyo i spróbowaniu ramenu z Asakusy, Uki Uki stał się tylko mglistym wspomnieniem. Musimy jednak oddać mu pokłon, bo to nie znaczy, że jest zły. Wręcz przeciwnie, po prostu najzwyczajniej w świecie ciężko jest dorównać ideałowi. Chociaż przyznam, że biorąc pod uwagę Japońskie szefostwo, oczekiwania mogą być uzasadnione 😉

Ze względu na to, że nasza ostatnia wizyta w Uki Uki była dosyć dawno, postanowiliśmy odwiedzić go rzutem na taśmę jeszcze przed opublikowaniem tego rankingu. Czy i tym razem pojawił się uśmiech na naszych mordkach? Zdecydowanie tak! 🙂

Intensywny wywar, dodatki takie, jakie być powinny, a mięso wspominamy bardzo pozytywnie! Cudowny jest ich ręcznie robiony makaron, którym szczycą się nie bez powodu. W oczekiwaniu na zamówione dania bardzo miło obserwuje się kucharzy uwijających się nad jego lepieniem.

Duuuuuży plus za sake! Nigdzie w Warszawie nie piłam tak dobrego. Polecam gorąco, podawane na gorąco 😉 Lody Matcha również pyszne i zaskakujące — z każdym kęsem coraz lepsze, a pierożki gyoza najlepsze w mieście! Damn it, na samo wspomnienie zrobiłam się głodna!



Czy coś się zmieniło od ostatniej wizyty? Tak. Trochę nam smutno, że zrezygnowano z fajnego motywu z samodzielnym ucieraniem sezamu w małym moździerzu przed otrzymaniem ramenu. Był to ciekawy dodatek i frajda nie tylko dla oczu, ale i dla nosa. Aromat świeżego sezamu roznosił się wokoło, a potem lądował w ramenie wzbogacając jego smak.

Zamówiliśmy Original Tonkotsu oraz Miso Tonkotsu. Oba gęste i kremowe na bazie bulionu wieprzowo-drobiowego i sosu sojowego. Jednym z ciekawszych dodatków w Miso był pieczony łosoś uformowany w kulkę. Według menu jajko jest marynowane — niestety nie możemy tego potwierdzić. Nie wyczuliśmy marynaty 🙁 Bardzo dobrym pomysłem jest dodanie pasty chili na brzegu miski, aby każdy mógł dodać jej dokładnie tyle, ile potrzebuje. Zabrakło mi na pewno grzybków, ale to już jest kwestia indywidualna. Liście nori przyjemnie przebijały się ze swoim smakiem (wskazówka: nie zjadajcie ich na początku, pozwólcie, aby oddały aromat do wywaru). Tak czy inaczej, jesteśmy jednomyślni, że Miso Tonkotsu wygrało to starcie zdecydowanie głębszym i bardziej intensywnym smakiem.



Lokalizacja: ul. Krucza 23/31 (8 minut od metra Centrum)
Wywar: cudnowny i esencjonalny!
Jajko: dobre, ale nie czuć marynaty.
Porcja: spora, głodni nie wyjdziecie 😉
Cena: 33 zł
Czy wrócimy? Na pewno!

1. Yatta Ramen

No i mamy zwycięzcę!! Trafiliśmy tam dzięki naszym przyjaciołom, kiedy to lokal był świeży, dopiero po otwarciu. Sporo pustych stolików i nieliczna obsługa. Więcej o Yatta możecie przeczytać w moim poprzednim artykule TUTAJ, więc żeby się nie powtarzać, odsyłam 🙂 Napisałam wtedy: „Śpieszcie się, zanim kolejki będą większe – a na pewno będą”! No i są! Z jednej strony się baaardzo cieszymy, że i inni doceniają tak znakomite miejsce, a z drugiej jest nam smutno, bo teraz kolejka w Yatta to sytuacja wręcz oczywista. Czekamy i mamy nadzieję, że Yatta otworzy swój kolejny punkt na mapie Warszawy albo wprowadzi wydawanie „na wynos” 🙂

Poza ramenem, który jest pozycją obowiązkową, polecamy spróbować Żeberek Teriyaki. Idealnie doprawione, kruche i przepyszne!

EDIT z ostatniej chwili: Yatta umieściło post na swoim fb o tym, że odpalają drugą lokalizację, poświęconą wyłącznie Tonkotsu. Can’t wait! 🙂

Jedyna wada to zamiana pałeczek na nowe (śliskie), które dla gaijin-a mogą być problematyczne (zwłaszcza, jak ten upapra je tłustym wywarem) 😉 Tak czy inaczej: 5/5 gwiazdek. Co za miejsce!

Lokalizacja: ul. Bartoszewicza 3 (5 minut od metra Nowy Świat-Uniwersytet)
Wywar: intensywny, doskonały, najlepszy Shoyu w Warszawie!
Jajko: idealnie ugotowane na miękko, ale przydałoby się, aby poleżało dłużej w marynacie.
Porcja: bardzo słuszna — zwłaszcza Jiro! 😉
Cena: 30 zł za Shoyu Ramen, 33 zł za Jiro (+ 4 zł za jajko).
Czy wrócimy? Oczywiście! Wracamy tam regularnie!

Domowy!

Umieściłam tę pozycję poza rankingiej, ponieważ jej nie macie możliwości zweryfikować. Mój Małż wziął sobie za punkt honoru przygotowanie ramenu w domowych warunkach. Kupił wielki gar i zaczął gotować!

Wyszło coś tak dobrego, że przez tydzień jedliśmy tylko ramen. Przepyszny, intensywny wywar. Makaron może nie własnej roboty, ale bez zastrzeżeń. Dodatki, jakie tylko sobie wymarzymy (np. rzodkiew japońska, szczypior, grzybki mung, bambus). Kruche mięso i … to jajko. Nie wiem, jak on to robi, ale ma do tego rękę. Idealnie lejące, spędziło przed podaniem 3 dni w marynacie. Uczcie się rameniarnie! Marynata MUSI dotrzeć do żółtka, tak jak to ma miejsce w japońskich ramenach! 🙂

Podczas ostatniego gotowania postanowiłam, że następny ramen, który wyjdzie spod jego ręki, uwiecznię i wrzucę na bloga razem z pełnym przepisem! 🙂 Myślę, że ramen sumiennie przygotowany w domu ma jedną dużą przewagę nad wszystkimi knajpami – wywar gotujemy tak długo, jak chcemy a głębia i esencjonalność nie znoszą pośpiechu.

 


 

Jakie inne lokale z ramenem odwiedziliśmy?

| OMAMI |

Ładny lokal. Cudowna obsługa! Ramen niestety mierny, mało wyrazisty i słabo esencjonalny. Nie ma za dużo co o nim pisać. Dużo jeszcze trzeba poprawić. Byliśmy tam jeszcze w gorące dni, kiedy na zewnątrz mieliśmy okazję posłuchać DJ na żywo i spróbować PRZEPYSZNYCH lemoniad ze świeżych owoców.

Lokalizacja: ul. Krucza 6/14 (3 minut od metra Politechnika).
Cena: 34 zł za ramen, 10-15 zł za lemoniadę.
Czy wrócimy? Tak, ale  na lemoniadę 😉

| MOD |

Ten punkt na mapie Warszawy odwiedziliśmy tuż przed wypuszczeniem tego posta. Poza Ramenem Paitan, zamówiliśmy dwie przystawki: Bread and Butter (mleczna bułka hokkaido, gruyère, trzy rodzaje masła) oraz Sashimi z pstrąga tęczowego.

Sahimi bardzo przypadło nam do gustu. Ciekawe i smaczne połaczenie pstrąga z musztardą dijon oraz pudrem z malin. Bread and Butter już trochę gorzej: gruyère smaczne, hokkaido nieco spalone i suche, trzy rodzaje masła (miso, śledź i algi) koniec końców zlewały się w jednej smak. Przejdźmy jednak do ramenu, bo po to przyjechaliśmy!

Paitan uderzył nasze kubki smakowe słodyczą… potężną słodyczą! Słodkie było wszystko: wywar, mięso, tykwa… Mięso było zrobione cudownie: kruche i świetnie doprawione. Jednak na tym etapie wrażenia smakowe moje i mojego małża się kończą, bo ja tego ramenu nie byłam w stanie zjeść 🙁 Po kilku łyżkach, każdy kęs to była dla mnie walka. Przez tę słodycz wszystko było mdłe i nie do zniesienia. Dobrze, że zamówiliśmy jeden ramen na pół, bo Łukasz kończył moją porcję. Zgadza się ze mną, że było to za słodkie, ale jemu aż tak to nie przeszkadzało.

Makaron był w porządku. Jajko jak to już tradycyjnie we wszystkich warszawskich rameniarniach było tylko muśnięte marynatą, ale ugotowane było idealnie. Na plus jest wielkość porcji! Ogromna w cenie 29 zł!


Lokalizacja: ul. Oleandrów 8 (10 minut od metra Politechnika).
Cena: 29 zł za Paitan Ramen – czyli cena bardzi przystępna.
Czy wrócimy? Niestety nie.

| MUGI |

Na wejściu uderzył w nas zapach chińskiej budki. Wraz z nim pojawiły się obawy o smak ramenu. Wywar przypomniały nam się najtańsze rameny w Japonii. Takie, których wywar składał się z wody i sosu sojowego. Żebyście nie myśleli, że w Japonii to tylko były ochy i achy.

Wielki plus, którego brakowało nam w większości innych rameniarniach to bardzo wyrazisty smak nori. Do tej pory nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak brakuje nam tego morskiego posmaku. Jajko niestety kompletnie nieudane — ścięte żółtko, pozbawione marynaty. Porcja? Głodni nie wyszliśmy. Być może dzięki zamówionym dodatkowo pierożkom, które były bardzo smaczne!

Mamy bardzo ambiwalentne uczucia względem tej knajpy. Z jednej strony bardzo ciekawy wystrój, przepyszne pierożki i te nori w ramenie, które przypomniały nam posiłki w Japonii. Z drugiej ramen sam w sobie był bardzo słaby a obsługa, mimo że miła to nieco krępująca (byliśmy mocno obserwowani podczas jedzenia).

Lokalizacja: ul. Wspólna 37/39 (5 minut od metra Centrum).
Cena:
33 zł za ramen.
Czy wrócimy? Nie.

| SHOKU |

To był jeden z naszych największych zawodów, jeśli chodzi o restauracje. Tak samo, jak był to największy rachunek z całego rankingu i największy niesmak, który pozostał. Można faktycznie powiedzieć, że byliśmy w ‘shoku’. Niestety nie tym pozytywnym.

Tradycyjnie wzięliśmy Shoyu Ramen (wołowo-drobiowy z boczkiem, grzybami shimeji, szpinakiem, prażonym czosnkiem, jajkiem i nori). Poza tym na nasz stół trafiło szlagierowe danie lokalu, czyli Miska w Shoku oraz Pierożki Dim Sum z krewetkami w bulionie rybnym dashi. Podczas pierwszej łyżki wywaru nasze minki zrobiły:

I taka mina już się utrzymała do końca. Ramen baaardzo średni.  Ktoś zapomniał, że woda z sosem sojowym to za mało, aby nazwać to wywarem. Mięso poprawne, mocno podpieczone. A nad jajkiem cóż, ktoś się najwidoczniej pastwił, ale zapomniał je zamarynować.

Miska w Shoku potwornie mdła (i mówi to osoba, która lubi słodkie smaki i połączenia). Dodatkowy duży minus za to, że opis dania zaczyna się od „Krewetki marynowane w mleku kokosowym…”, co informuje, że powinny być jednym z głównych składników dania. Ja znalazłam całe trzy krewetki — i nie były one królewskie. Tatar z łososia niedoprawiony. Wszystko tak ładnie ułożone, że na pierwszy rzut jest ogrom składników, a to tylko na wierzchu. Miska w Shoku to nic innego jak miska ryżu z posiekaną jedną truskawką, połową ogórka i kałużą z łososia. [Patrzę na aktualne menu i widzę, że zmieniły się w niej nieco składniki. Zamiast tataru z łososia jest teraz smażony okoń morski a zamiast grillowanego ogórka — ananas. Być może teraz to danie ma lepszy balans smaków, ale my już tego sprawdzać nie będziemy.]

Pierożki smaczne, ale mikroskopijne. Dodatkową wadą jest niedopasowane naczynie, które uniemożliwiała nabranie wywaru łyżką (która chyba była tam przez przypadek). Obsługa bez zastrzeżeń.

Mam wrażenie, że Shoku za bardzo popłynęło w swojej wizji fuzji smaków i zapomniało, że jedzenie ma nie tylko szokować, wyglądać i dziwić, ale przede wszystkim ma smakować. A smaku tu zabrakło.

Lokalizacja: ul. Karolkowa 30 (6 minut od metra Rondo Daszyńskiego).
Cena: 39 zł za ramen, 29 zł za pierożki, 39 zł za Miskę w Shoku.
Czy wrócimy? Zdecydowanie nie.

 


 

PS: wiele lokali z japońskimi daniami chce stylizować wystrój dalekiego wschodu. Niestety z naszymi europejskimi przyzwyczajeniami i tradycjami nie ma prawa to zdać egzaminu. Japońskie rameniarnie z małą przestrzenią mają rację bytu, bo ich klienci działają w następujący sposób: wchodzą, jedzą (szybko) i wychodzą. Dzięki temu kolejki posuwają się do przodu (a kolejka jest niemalże zawsze). U nas wyjście „na miasto” wiąże się z pewnego rodzaju celebrowaniem. Jeszcze po zjedzeniu posiłku lubimy posiedzieć, pogadać i pomału sączyć resztki napoju. Dla porównania: google informuje, że czas, który klient spędza w japońskiej knajpie, wynosi zazwyczaj około 30 minut (i to w sieciówkach). W Polsce ten czas wydłuża się minimum do godziny.

PS #2: drugą sprawą jest wystrój sam w sobie. W Japońskich rameniarniach najważniejszy jest smak i wykorzystanie wolnej przestrzeni. Lokal nie musi być „śliczny” i wymuskany. Nie raz przekonaliśmy się o tym, że najlepiej można zjeść w tym miejscu, które jest małe, niepozorne i na pierwszy rzut oka obskurne. Do tej pory wspominamy knajpę w Hiroshimie, która była tak malutka, że właścicielka wychodziła przez jedne przesuwane drzwi na zewnątrz a wchodziła drugimi, aby podać miskę klientowi na drugim końcu baru. A było pysznie!

Wysyp lokali w Warszawie, w których można dostać ramen jest coraz większy. Byliśmy w tych polecanych i tych, które dopiero rozpoczynały swoją podróż w świecie gastronomii. W tym całym podsumowaniu zastanawia mnie, co sprawia, że niektóre restauracje trafiają w gusta ludzi tak mocno, będąc zarazem tak daleko od tego, jak ramen smakować powinien. Czy jeśli nie mielibyśmy tej wiedzy, którą przywieźliśmy ze sobą z Japonii — pozycje w naszym rankingu by się pozmieniały? Być może nasz ranking nie powinien się nazywać „najlepszy” a „najbardziej podobny do japońskiego”? 😉

Dajcie znać, jakie są wasze miejscówki na pyszny ramen!

Trzymajcie się!
Kamila

Może Ci się również spodobać...