Design/Art Gadżety Kamila Lifestyle W duszy

Nasze małe, polskie, rustykalne wesele!

Nie znajdziesz tu przepychu i blichtru. Niemniej zapraszam do zanurzenia się we wspomnienia z pewnego gorącego sierpniowego dnia. Oto historia naszego rustykalnego wesela.


Gdy się poznaliśmy miałam 16 lat a On 19. Jak nikłe są szanse na to, że w tak młodym wieku pozna się miłość swojego życia? Nam się poszczęściło. Na powodzenie naszego związku na pewno wpłynął fakt, że ukształtowaliśmy się wzajemnie. Razem dojrzewaliśmy do “poważnego życia”. To On sprawił, że zostałam grafikiem a ja pomogłam mu poświęcić się w całości rozwijaniu talentu rysowniczego. Wspieraliśmy się w trudnych chwilach i byliśmy pierwszymi, którzy wiedzieli o swoich sukcesach. Po ponad 8 latach związku zdecydowaliśmy się na ślub. Nie było w tym żadnych romantycznych pobudek. Kierowała nami chęć stabilizacji, bezpieczeństwa… i stanowczy ton mojej babci podczas pewnego spotkania rodzinnego 😉

Podstawowe dwa założenia nadchodzącego wydarzenia były następujące: bierzemy ślub cywilny a wesele będzie skromne i tylko dla najbliższych. Ja wymarzyłam sobie wesele rustykalne. Polskie. Tradycyjne i rodzinne. Bez przepychu i blichtru. Dużo ciepłych elementów. Ja w koronce i biało-czerwonym wianku. Lokal w zacisznym miejscu z dala od zgiełku, najlepiej z ogródkiem i w Warszawie – aby wszystkim było blisko. Pierścionek bez brylantu, wolę zielone kamyczki. A na obrączkach? A jakże! Cytat z Wiedźmina:

“To było za nimi. A przed nimi było wszystko.”

Zakupy i przygotowania

Suknię ślubną kupiłam na wymiar w salonie Herms Bridal. Jestem w niej zakochana. Leżała idealnie. Obsługa w salonie bardzo przyjazna i pomocna. Jedyny minus to organizacja i zarządzanie klientami na miejscu. Przy umawianiu terminu pierwszej wizyty dowiedziałam się, że nie ma możliwości ustalenia konkretnej godziny przymiarki. Krótko mówiąc, trzeba przyjść i stanąć w kolejce. Było to kłopotliwe ze względu na to, że była ze mną m. in. moja świadkowa z małym dzieckiem. Podczas naszego oczekiwania weszła klientka, która jak się okazało, miała godzinną rezerwację. Poczułam się jakby w salonie były klientki ważne i ważniejsze. Przy zwróceniu uwagi na tą sytuację, zostałam obsłużona w ciągu następnych pięciu minut. Do tej pory nie do końca rozumiem ten zabieg a pozostawił on lekki niesmak. Niemniej jednak z sukienki byłam zadowolona.

Wianek, butonierkę i bukiecik zamówiłam w Ptaszarni. Cudowna obsługa i przepiękne wykonanie, które jest czystym dziełem sztuki. Podziwiam cierpliwość Pani Magdaleny, bo pamiętam mój esej w czystej postaci opisujący jaki efekt końcowy chcę osiągnąć. Nie wiem jakim cudem, ale przekroczył on moje oczekiwania. Po prostu poczułam się, jakby ktoś czytał mi w myślach! Do tej pory bukiecik leży na widoku i cieszy oko a wianek z butonierką bezpiecznie czekają w “kuferku pamiątek weselnych” na sezonowe wspominanie tego dnia 🙂

Makijaż i fryzurę zawdzięczam Klaudii Kowalczyk (klik TUTAJ). Czarodziejka z pędzlami i kuferkiem pełnym dobroci kosmetycznych, nad którym chętnie spędziłabym więcej czasu 😉 Cudownie doradziła wszelkie zestawienia, delikatnie wybiła mi z głowy nierozsądne pomysły i cierpliwie znosiła niepewności. Pomimo korekty wszystkich niedoskonałości, wygląd pozostał naturalny i subtelny. Nie wiem jak ona to zrobiła, ale makijaż trzymał się cały dzień i pół nocy a o poranku obudziłam się jeszcze z lokami. Polecam dziewczynę bo jest świetna w tym co robi!

Jak przystało na grafika, chciałam samodzielnie zaprojektować zaproszenia na ślub i na wesele. Niestety okazało się, że tak “niewielka” ilość niestandardowych zaproszeń kosztuje trzy razy więcej niż zamówienie gotowców. Znalazłam zaproszenia ze słowiańskim wzorem, które spełniły moje oczekiwania i na nie też przystałam. Zamówiłam dokładnie TAKIE. Do nich domówiłam winietki dla gości, które idealnie wpasowały się w klimat.

Jako podarki dla gości zdecydowałam się na małe słoiczki z miodem, z prześlicznymi jutowymi tkaninami.

Nie chcieliśmy wystawnego tortu między innymi ze względu na małą liczbę gości oraz mnogość głównego jedzenia. Zdecydowaliśmy się na zamówienie go z TEJ strony. Kajmakowe wnętrze i piękne jadalne kwiaty zrobiły wrażenie zarówno na nas jak i na gościach 🙂

 

Muzykę, a raczej playlistę, skomponowałam sama. Nie chciałam DJ czy wodzireja. Bardzo chciałam uniknąć “weselnych zabaw” i przyśpiewek przy disco polo. Postawiłam głównie na klasyki ballad rockowych i lata 80’-90’. Dodatkowo można było usłyszeć wykonawców nieco młodszych takich jak Paolo Nutini, Bubliczki (kawałek Karczmareczko Godna idealnie wpasowało się w klimacik) czy LP. Nie zabrakło również hitów z młodości naszych rodziców 😉

Cała playlista (z małymi wyjątkowami) do przesłuchania na moim Spotify:

Miejsce

Szukałam i znalazłam TUTAJ. Lokal “Klub Ona” w Warszawie. Prowadzony przez niesamowite małżeństwo. Na stronie widnieje opis:

“Z myślą o takich jak my, niedopasowanych do „wyścigu szczurów” w wielkich korporacjach, nieobytych w spędzaniu czasu w klimatyzowanych galeriach handlowych (…) Tym samym jest on naszą propozycją dla wszystkich innych, nie takich.”

I nie opisałabym tego lepiej. Wspaniałe miejsce ukryte w zaciszu uliczki z dala od miejskiego zgiełku a jednak w środku miasta. Przy bramie powitał nas jeden z przyjaznych duchów domu w postaci psa. Chyba największego jakiego widziałam na oczy z równie wielkim sercem i chęcią na głaskanie. W drugiej kolejności zauważyliśmy kota, kroczącego własnymi ścieżkami. Do dyspozycji są dwa piętra (m. in. sala z kominkiem), ogród na dachu z huśtawką, pięknie zagospodarowany ogród na parterze z ławeczkami oraz stawami, w których pływały rybki. Wieczorem wszystkiego dopełniają klimatyczne latarenki i oświetlony przez nie bluszcz.

 

Cały teren jest bajkowy z niesamowitymi elementami. Gdzie nie spojrzeć zauważa się nowe, niestandardowe elementy dekoracyjne. Mogą one sprawiać wrażenie przypadkowych, ale gwarantuję, że takie nie są. Pani Grażyna i Pan Darek urządzili lokal z niesamowitym smakiem. Jestem przekonana, że to dzięki rodzinnemu ciepłu, które od nich biło.

Po przyjeździe z urzędu zostaliśmy wraz z gośćmi powitani lampką szampana. Jedzenie było przepyszne, zaskakujące i niestandardowe – jak wszystko w Klubie Ona. Każdy element był przygotowany własnoręcznie przez właścicieli. Cała organizacja była dopięta na ostatni guzik. Nie musieliśmy się o nic martwić. Dekoracje były subtelne, idealnie pasujące do klimatu miejsca. Dodatkowa obsługa była niesamowicie przyjazna i pomocna. Znalazło się oczywiście miejsce na tańce a po zachodzie słońca każdy chętnie usiadł w ogrodzie przy kawie/herbacie i dodatkowym posiłku przygotowanym na “żywym ogniu”, który tylko dodawał klimatu.

 

Z tego miejsca chciałabym jeszcze raz szczerze podziękować Pani Grażynie i Panu Darkowi za nieocenioną organizację tego niezapomnianego dnia. Będziemy to miejsce wspominać i polecać wszystkim! 🙂

Fotograf

Daliśmy sobie pół roku na zorganizowanie wszystkiego, więc znalezienie fotografa dobrego, niedrogiego i z wolnym terminem graniczyło z cudem. A ja pod tym względem byłam wybredna. Zrezygnowałam z szukania w ciemno i zaczęłam “nękać” znajomych. Dostałam kilka poleceń ale żadne z nich nie było “tym czymś”. Jak ja się cieszę, że przypomniałam sobie o Beacie.

Znamy się ze szkoły. Odezwałam się, zobaczyłam jej portfolio i.. zakochałam się! Z całą szczerością świata mogę powiedzieć, że nie mogłam sobie wymarzyć lepszego fotografa. Przy oglądaniu zdjęć cały czas zadawaliśmy sobie pytania “kiedy ona zrobiła to zdjęcie” lub “Jak ona się tam dostała”! Poza wyczuciem, techniką i doświadczeniem Beata posiada dar wniknięcia w tłum. Zlała się z weselnikami (w tym dobrym słowa znaczeniu) i wyłapała wspaniałe momenty. Była wszędzie tam, gdzie działo się coś wartego uchwycenia. Zdjęcia są przepełnione emocjami i energią, a kolory są odwzorowane jak żywe. Z resztą sami oceńcie. Wszystkie zdjęcia w tym poście są zrobione przez Beatę, która towarzyszyła nam od przygotowań po niemalże ostatniego gościa. Jeśli zechcecie zerknąć, to właśnie TUTAJ znajdziecie portfolio tej cudotwórczyni. Jeszcze raz dziękujemy! 🙂

 

Wnioski!

Zanim usiadłam do planowania przyjęcia, przeczytałam chyba wszystkie poradniki i blogi dotyczące organizacji wesel. Niemal w każdym z nich pojawiała się wielka kończąca “kropka” w formie stwierdzenia a la “nie jesteście w stanie zapanować nad wszystkim i im szybciej zrozumiecie, że coś może nie pójść po waszej myśli, tym więcej stresu sobie oszczędzicie”. Za każdym razem kiedy tylko trafiałam na taką poradę, mój stres szybował w górę. Nie wiem jak Was, ale mnie nie uspokaja fakt, że nie mam nad czymś kontroli.

Nie zrozumcie mnie źle – zdaję sobie sprawę, że nie jestem w stanie panować nad każdą drobnostką i zdarzają się wypadki losowe. Jestem jednak zdania, że przystanie na to wywołuje u nas efekt rozleniwienia, obniża naszą wyobraźnię i przestajemy się starać. Nikt nie przejmie się tym, że tort przyjechał z pół godzinnym opóźnieniem. Co innego w wypadku kiedy popruje się suknia ślubna. Tyle, że na tą drobnostkę nie macie żadnego wpływu a na poprutą sukienkę możecie przygotować się dzień przed weselem i zaopatrzyć świadkową w “apteczkę pierwszej pomocy”, w której będą nici i igła.

Dlatego na przekór radom o nie martwieniu się, ja powiem inaczej: martwcie się zawczasu aby nie martwić się w godzinie zero! Jakkolwiek byłoby to nieprzyjemne: wyobraźcie sobie najbardziej kłopotliwe sytuacje, które mogą się wydarzyć – i znajdźcie na nie sposób. Nie bądźcie mądrzy po szkodzie. Ruszcie wyobraźnią, przygotujcie się i bądźcie o krok przed złośliwym losem.

A jak Wy wspominacie wasze wesela? Jakbyście mieli okazję, co byście poradzili Wam z przeszłości aby ten dzień był jeszcze piękniejszy? 🙂

Trzymajcie się!
Kamila


Może Ci się również spodobać...