Japonia Kamila Podróże

Ōkunoshima – Królicza wyspa!

Nie da się ukryć, że Japonia jest pełna miejsc dla miłośników zwierząt. Może to być pełna danieli Nara, mrucząca Aoshima lub Ōkunoshima!


Planując wycieczkę do Japonii, wiedziałam, że koniecznie musimy odwiedzić jedną ze zwierzęcych wysp. Decyzja zapadła: jedziemy do królestwa królików! Wcześniej oczywiście trzeba zaopatrzyć się w smakołyki: soczyste marchewki na przekupstwo. Z plecakiem warzyw ruszamy w drogę!

Jak dojechać?

Na wstępie gorąco polecam zapoznać się z oficjalną stroną wyspy (klik). Znajdziecie tam wszelkie potrzebne informacje, w tym rozkład promów.

Aby maksymalnie wykorzystać nasz JR Pass, zdecydowaliśmy się na Tokaido-Sanyo Shinkansen ze stacji Hiroshima Station, którą dojechaliśmy do Mihara Station. Z niej czekała nas przesiadka na pociąg Kure Line, którym dotarliśmy do stacji Tadanoumi Station. A potem już z górki spacerkiem do portu Tadanoumi. Ciężko jest zabłądzić, ponieważ już od Mihary wszystkie oznakowania prowadzą do odpowiedniego pociągu, który zawiezie cię do portu. Wszędzie widoczne królicze oznakowania 🙂 Jednak po wyjściu z pociągu na stacji Tadanoumi dla spokoju mojego ducha upewniłam się na google maps, w którą stronę się udać. Do portu idzie się tak naprawdę poboczem ulicy. Podczas tej krótkiej trasy można złapać zwątpienie czy aby na pewno idziemy w dobrym kierunku. Warto zaufać aplikacjom, bo wiedzą co “mówią”.

Trasa pociągiem z Mihary do Tadanoumi niczym nie przypomina przejazdów, chociażby między Tokyo a Kyoto. Za oknem małe domki, piękne widoki z mnóstwem wysp i wysepek tworzące wiele planów do podziwiania. Znajome pozostały słupy z kablami. Pogoda dopisywała, więc woda mieniła się tak, że chciałoby się w niej pomoczyć stopy. Sam pociąg Kura Line nie przypominał nowoczesnych bulletów, raczej polski podmiejski wagon. Z tym wyjątkiem, że był czyściutki i…cichy. To jest jedna z rzeczy, za którą bardzo tęsknię — cisza w komunikacji miejskiej. Nikt nie rozmawia przez telefon, nie przekrzykuje się z innymi. Słychać tylko dźwięk pociągu, który aż zaprasza do drzemki 🙂

Jesteście w porcie! W wolno stojącym, białym obiekcie kupujecie bilety (oczywiście w automacie). Jeśli nie planujecie zostać na wyspie na noc, najlepszym wyjściem będzie zakup biletu „w dwie strony”. Wychodzi taniej i prościej. Wydawałoby się to oczywiste, jednak okazało się, że nie dla wszystkich. Przy czekaniu już na prom powrotny, jedna para była mocno zestresowana, bo nie miała biletu powrotnego. Widocznie uprzejmość Japończyków znowu dała o sobie znać, bo po krótkiej rozmowie z kapitanem weszli na pokład. Jednak co się stresu najedli to już ich 😉 Wracając do tematu: macie bilety i jeśli wcześniej nie kupiliście smakołyków dla puchatych obywateli wyspy, teraz macie ostatnią szansę! U pani za ladą możecie zakupić granulat w papierowych torebeczkach. Nie wyrzucajcie ich — po powrocie do portu wymienicie je na darmowe pocztówki z króliczkami. Taka zachęta dla przyjezdnych, aby nie pozostawiać śmieci na wyspie. W tym samym obiekcie możecie coś zjeść, napić się i kupić inne tematyczne pamiątki. My byliśmy przygotowani i przywieźliśmy ze sobą plecak wypakowany marchewkami, które zrobiły furorę wśród tubylców 🙂


Prom oczywiście przyjeżdża o czasie, co do minuty. Kolejka, do której ustawieni ludzie byli już wcześniej, zaczyna się przesuwać. Dobrze, że podczas gdy ja poszłam po bilety, mój małż stanął w kolejce. Pogoda sprawiła, że chętnych na wyspę było dużo i część nie zmieściła się na prom, który podjechał. Na następny czekalibyśmy 40 minut. My trafiliśmy akurat na jego mniejszą wersję.

A tak wyglądają widoki przy stawianiu pierwszych kroków na wyspie. Jak widać, niektórzy postanowili spędzić tutaj noc 🙂 Do wyboru jest hotel na drugim końcu wyspy lub pole kempingowe, które mieliśmy okazję zobaczyć. Grill, namioty, kampery, rodziny i króliki.. wszędzie króliki!

Pierwsze wrażenia

Nie ma słów, aby opisać, jakie piękne widoki towarzyszyły nam przy zwiedzaniu wyspy. Ze względu na pogodę było dosyć chłodno. Jednak już po kilku minutach zwiedzania (zwłaszcza jak zaczęła się trasa w górę) w słońcu, pozbyliśmy się kurtek i szalików 🙂

Na całej wyspie są tabliczki z informacją: jeśli natkniesz się na pustą miskę, uzupełnij ją wodą.

Pierwszy królik „przywitał” nas już pod kolumną przy porcie. Powiedzieć, że puchate ogonki były rozleniwione, to nie powiedzieć nic. Pomimo błogiego stanu, były czujne. Szczerze mówiąc nie wiem, jak zostały zrobione zdjęcia, w których turyści kładą się i momentalnie zostają przykryci królikami. Z naszego wypadu przekonaliśmy się o najważniejszym fakcie wyspy: nie masz jedzenia, króliki tracą tobą zainteresowanie. Możesz je głaskać do momentu, do którego masz im do zaoferowania jakiś smakołyk. W innym wypadku odskakują i szukają kolejnych darczyńców.

Byliśmy bardzo z siebie dumni, że zaopatrzyliśmy się wcześniej w świeże i soczyste marchewki. Były zdecydowanie lepszym wabikiem niż granulat kupiony w porcie.

Nie tylko sama słodycz

Przepiękne i puszyste króliczki tworzą niesamowity kontrast na tle opuszczonych ruin dawnych wojskowych fabryk iperytu. Bo właśnie stąd tyle królików na wyspie: podczas II wojny światowej były tu prowadzone intensywne produkcje groźnej chemii do użytku zbrojnego. Po tym, jak wyspę opuszczono — pozostałe na niej trusie opanowały teren i mają się bardzo dobrze.

Droga na szczyt

Udaliśmy się drogą w górę wyspy. Nie podarowalibyśmy sobie widoku, zwłaszcza że mieliśmy jeszcze sporo czasu na zwiedzanie. Po drodze, za każdym rogiem spotkać można było kolejnego futrzaka. Jak tylko usłyszały nasze kroki, kicały bliżej, aby zorientować się, czy nie mamy czasem jakichś pyszności. Wszystkie były piękne i przeróżnie ubarwione, ale niestety nie wszystkie były zdrowe. Często zdarzało się usłyszeć kichanie. Widzieliśmy również królika z infekcją skórną oraz takiego, który miał bardzo poważny stan oczka. O tyle, co pracownicy wyspy dbają, aby króliki miały wodę, pokarm i bezpieczeństwo — to nie wiem, jak wygląda ewentualna opieka weterynaryjna. Obawiam się, że poza dokarmianiem Japończycy starają się utrzymać tam formę rezerwatu i nie ingerować w naturalną selekcję. Wiecie coś na ten temat?

Punkt widokowy na szczycie wyspy w złotą godzinę robił wrażenie! Bardzo chętnie posiedzieliśmy i odpoczęliśmy w towarzystwie kicacków 🙂

A tego wariata próbowałam upolować obiektywem, ale za żadne skarby nie chciał dać się uchwycić. Musiała mi wystarczyć klatka upamiętniająca jego zabawę ze mną w chowanego 😉

Jak wrócić?

Na wyspie spędziliśmy około 4-5 godzin. W trakcie schodzenia z wyspy zobaczyliśmy, jak odpływa prom. Następny mieliśmy za godzinę, a zaczęło robić się już chłodno. Słońce zachodziło i temperatura spadała zaskakująco prędko. Po podejściu bliżej portu zdziwiło nas, że jego wejście zablokowane jest łańcuchem. Ludzi było już zdecydowanie mniej, a ja zaczęłam się niepokoić. Mój pajęczy, a raczej panikarski zmysł krzyczał mi w głowie, że coś jest nie tak. Z drugiej strony przecież według rozkładu powinny przypłynąć jeszcze dwa promy zabierające ludzi z wyspy.

Wszelkie tablice i oznaczenia były w języku japońskim. Próbowaliśmy poratować się translatorem google, który tłumaczy ze zdjęć. Coś nam tam przetłumaczyło, ale nie na tyle, aby dać jasną informację. W końcu miałam prześwit, że kiedyś czytałam skargę jednego z gości wyspy o tym, że prom odpływa z innego portu, a nigdzie nie ma o tym jasnej informacji. Zaczęłam jeszcze raz przeszukiwać stronę i zauważyłam, że na rozkładzie przy godzinach są jeszcze oznaczenia „1” i „2”. Następnie na mapie wyspy zobaczyłam, że faktycznie jest jeszcze drugi port. Podeszłam do pary młodych Japończyków, aby się spytać, ale po pierwsze: angielski nie był ich mocną stroną, a po drugie koniec końców okazali się bardziej zagubieni niż my.

Postanowiliśmy zaryzykować i podbiec do drugiego portu, aby zorientować się w sytuacji. Najwyżej pozostałby nam jeszcze ostatni prom. Takim sposobem trafiliśmy tam, gdzie powinniśmy. Tam było zdecydowanie więcej ludzi czekających na transport. Wszystko ułożyło się w logiczną całość, a my zaczęliśmy się zastanawiać, co z ludźmi, którzy pozostali przy porcie numer 2. Za kilka chwil zobaczyliśmy, jak i oni zorientowali się, że są w złym miejscu i idą w naszą stronę (w tym nasza znajoma para, z którą próbowałam dogadać się na migi).

Statek przyjechał i po 15 minutach byliśmy ponownie w Tadanoumi. Było już ciemno, a my byliśmy bardzo głodni, bardzo zmęczeni i jeszcze bardziej zmarznięci. Dosłownie szczękały mi zęby. Wymieniliśmy torebeczki po granulacie na pocztówki i udaliśmy się poboczem w ciemnościach w stronę stacji. I tutaj kolejny pro tip: w drodze powrotnej warto szukać na stacji Tadanoumi tabliczek z informacją, ponieważ wbrew temu, do czego byliśmy przyzwyczajeni i logika by nakazywała — pociąg w stronę Mihary odjeżdżał z tego samego toru, z którego wysiedliśmy. Nie wiem, czy jest tak cały czas, czy był to po prostu wyjątek, na który trafiliśmy. Warto jednak o tym wiedzieć.

Po dotarciu na Mihare kolejne oczekiwanie, tym razem na Shinkansen do Hiroshimy. W tym momencie jeszcze bardziej pokochałam automaty z gorącą kawą. Dreszcze sprawiały, że ciężko było mi trzymać puszkę. W końcu Shinkansen! Ciepły i wygodny. Następnie Hiroshima i pozostał nam jeden cel: zjeść coś ciepłego. Szybkie wyszukiwanie na google najbliższej rameniarni i biegniemy. Po pokrzepiającym posiłku, który sprawia, że świat jest piękniejszy, wracamy do hotelu i dosłownie padamy spać. To był dzień piękny i pełen emocji.

Seria Japońska:

Trzymajcie się!
Kamila

Może Ci się również spodobać...