Japonia Jedzenie Kamila Kultura Podróże W duszy

Pierwsze myśli po powrocie z Japonii!

Trzy tygodnie w zupełnie nowym i tak różnorodnym miejscu — jakim jest Japonia i pytanie „Ale co podobało ci się najbardziej?” nie jest odpowiednie. Natomiast “co zrobiło na tobie wrażenie?” to już inna para kaloszy.


Po powrocie z Japonii, wyjściu z taksówki pod blokiem i postawieniu pierwszych kroków na moim podwórku poczułam się dziwnie. Jak tylko zmęczenie chwilowo odpuściło, a jego miejsce zajęła ulga świadomości, że już nie muszę wsiadać do samolotu — miałam wrażenie, że mój organizm nieco wariuje. Jakiś emocjonalny błędnik stwierdził, że w sumie to nie wie, co się dzieje. Z jednej strony wiedziałam, że jestem w domu, ale czułam się „oderwana”? Przez pierwsze dwa dni mijając znane od lat bloki i ulice nie czułam przywiązania. Nie czułam go też w Japonii. Mój mózg potrzebował jednak dwóch dni na przyswojenie faktu, że jestem w domu. Teraz, trzy miesiące po powrocie, mogę usiąść do ogarnięcia wspomnień i wydarzeń z wyjazdu. Na pierwszy rzut polećmy z tematem rzeczy, o które pytają ludzie i które można wyjaśnić w kilku zdaniach. Szybki przegląd z wyjazdu do Japonii!

Najlepszy Ramen znajdziesz na Asakusie!

Ramen-tei Asakusa był naszym pierwszym ramenem w Japonii, którego mieliśmy przyjemność jeść. Byliśmy zmęczeni podróżą i szukaliśmy pewnika z niedaleką lokalizacją od hotelu, więc poszukaliśmy pomocy na google maps i tak trafiliśmy do małego raju. Stosunek ceny do jakości i wielkości dania sprawił, że jest to numer jeden na naszej liście ramenów w Tokyo. Niepozorna restauracja, do której najlepiej dość ze stacji metra Asakusanieodmawiając sobie krótkiego spaceru zaczynającego się od Kaminarimon Sensouji, przez Nakamise Shopping Street, na której końcu skręcić w lewo. Oczywiście jak to zazwyczaj bywa – tak dobre opinie gwarantują kolejki. Nauczyliśmy się więc dosyć szybko, że najlepsze (czyli te z najmniejszą ilością klientów) są o dziwo godziny wieczorne – tak około 2h przed zamknięciem.

Tak czy inaczej, nie znajdziemy tam przepychu i wielkiego wyboru w menu. Kilka ramenów i dodatków, które ku naszej uciesze wybiera się w automacie stojącym przed sklepem. Wkładasz pieniądze, naciskasz guzik ze zdjęciem wybranego dania a bilecik, który otrzymałeś — przekazujesz już w środku kucharzowi. Istotne jest to, że maszyna przyjmuje max. 1000 jednów – co i tak nie było problemem, bo w środku zawsze mają drobne do rozmienienia. Wnętrze to żadne luksusy – większość powierzchni zajmuje bar a za nim otwarta kuchnia. Dokładnie widzisz co i jak jest przygotowywane, żadnej niepewności. Liczba miejsc ograniczała się do około 10 stołków barowych. Byliśmy pod wrażeniem, jak każdy element dania przygotowywany jest z dokładnością co do sekundy – stopery wiszące na ścianach informowały kucharzy, kiedy wyjąć jajko albo makaron. Cena bestsellerowego ramenu to około 500 jenów (około 16 zł) – co na nasz gust było rozbojem w biały dzień. Takie danie napełniało dorosłą osobę na pół dnia – a w deszczowe dni aż nie przeszkadzał deszcz lejący się z nieba. Ciepło w brzuszku i pot na czole od gorącego wywaru rekompensował wszystko i sprawiał, że świat był piękniejszy 🙂

Warto też wspomnieć, że Ramen-tei Asakusa zmienia nieco swoje oblicze w weekendy. Nie wiemy dokładnie, jak wpływa to na menu (bo w weekendy widok kolejki skutecznie nas zniechęcił), ale znika automat na bileciki sprzed sklepu.

Wszędzie rowery i piwo!

Już pierwszego dnia nauczyliśmy się, że na samochody uważać nie trzeba. Prawdziwe zagrożenie stanowiły rozpędzone rowery, których kierowcy urządzali sobie istne Tokyo Drift — bez znaczenia czy to ulica, chodnik czy ścieżka rowerowa. Nie była to też kwestia młodych rowerzystów, bo mam wrażenie, że prym wiedli rodzice z maluchami w doczepianych siodełkach. Ku mojemu zdziwieniu w sytuacji, gdy ich kierownica minęła moje ramię o dwa milimetry — ich mina wyrażała stoicki spokój. Miałam wrażenie, że z całą pewnością świata na twarzy minęli mnie w idealnym wyliczeniu odległości od obiektu niczym w pięknym umyśle — a mnie zostawili struchlałą niczym królik na Okunoshimie.

Dużo frajdy sprawiało nam również szukanie reklam piwa, chociaż szukanie to za dużo powiedziane. Były one wszędzie: na ulicach, w metrze, telewizji, restauracjach… Po kilku dniach zaczęliśmy rozpoznawać już twarze japońskich gwiazd w kampaniach reklamowych. Jak to zapewne wszyscy gaijini spodziewaliśmy się ogólno-panującego kultu sake — podczas gdy zdecydowaną większość płynów w kuflach i kieliszkach Japończyków zajmowało właśnie piwo oraz drink whisky z tonikiem.

Metro

Nie wiem jakim cudem mając dwie linie metra, nie potrafimy ogarnąć ich w prosty sposób. Dla przykładu: pochodzę z Warszawy, tak jak moja mama i babcia a jak pierwszy raz wysiadłam na stacji metra Dworzec Wileński, za nic nie mogłam znaleźć odpowiedniego wyjścia. Włóczyłam się dostatecznie długo, aby wyjść jakimkolwiek wyjściem, bo miałam dosłownie dość. A teraz mamy Tokyo, które ma 13 linii i trzeba się mocno postarać, aby się zgubić — będąc na całkowicie obcym terenie. Wszechobecne oznaczenia, strzałki, kierunkowskazy i zawsze pomocna obsługa metra. Dorzucając do tego aplikację Tokyo Metro, podróże metrem były czystą przyjemnością.

Przyznam, zdziwiła mnie jedna rzecz: w Japonii nie ma zwyczaju ustępowania miejsca w momencie, w którym ktoś chce wysiąść z metra, rozumianego przez “odsunięcie się” aby komuś łatwiej było się wydostać ze środka wagonu. Nikt nie mówi przysłowiowego “przepraszam” przy przedostawaniu się przez tłum pasażerów. Jeśli chcesz wyjść, to po prostu przeciskasz się do wyjścia. Nikt nie będzie zły czy oburzony, że został przez ciebie “przesunięty”. Jest to coś normalnego i jeśli u nich to działa, to nic mi do tego 😉

Czystość, w którą trudno uwierzyć.

Czyste toalety, w których nigdy nie zabrakło papieru toaletowego i nie trzeba było wchodzić na wdechu, a nawet najmniejsze, podmiejskie dworce mogłyby zawstydzić nasz Dworzec Centralny. Pomimo braku koszy na chodnikach – brak śmieci czy niedopałków. Poszanowanie dla zieleni i miejsc publicznych… Tymczasem do Polski wiosna weszła z przytupem, a jeszcze przed wyjazdem miałam okazję, jak co roku, podziwiać „niespodzianki” wyłaniające się spod topniejącego śniegu. I nie były to krokusy. Dla przykładu poniżej zdjęcia wiosennych ogrodów HAMA-RIKYU.

W Japonii natomiast jest się w szoku, jeśli zobaczy się niedopałek na chodniku. Byłam świadkiem, jak elegancki pan w garniturze wyszedł z biurowca z szufelką i sprzątnął papierek leżący przy krawężniku przed wejściem. Kolejna sytuacja, przez którą poczułam, że będę tęsknić za czystością Japończyków: po kolokwialnie mówiąc wysiusianiu się przez psa — właścicielka wyciągnęła butelkę z wodą i dokładnie wylała jej zawartość na „ubrudzony” trawnik. Myślę, że nie doczekam się takich zwyczajów w Polsce i nadal będę bawiła się w skakanie przez przeszkody po wiosennych roztopach.

Stanie w kolejce nie jest już dla mnie problemem.

Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyliśmy kolejkę do knajpy. Nasza reakcja musiała wyglądać mniej więcej w ten sposób:

Od razu poszliśmy szukać okazji w mniej zatłoczonych miejscach. Jesteśmy z tych osób, które nie mają w zwyczaju stać w kolejkach, bo jeśli nie ten lokal to inny. Tych, co już byli w Japonii zapewne nie zdziwi, że bardzo szybko musieliśmy przyzwyczaić się do panującej miłości do stania w kolejkach. Z „nie ma mowy!” prędko weszliśmy w tryb:

Po tygodniu kolejki były już dla nas taką oczywistością, że dziką radość sprawiało nam dorwanie lokalu poza godzinami lunchu i dostanie stolika od ręki 🙂

Ruch lewostronny…

Tylko nie na chodniku. Wszędzie panuje ład, porządek i kultura, ale do przemieszczania się zatłoczonymi chodnikami chyba bym nie przywykła. Być może to kwestia zbyt dużej ilości pieszych, ale to chyba jedyny obszar, w którym raczej nie zwraca się uwagi, którą stroną się idzie. Dla mnie to był istny slalom i przyznam, że trochę mnie to męczyło. Zwłaszcza że dosyć łatwo było wpaść na osobę, która z szybkiego chodu w jednej chwili stanęła na środku, aby odpisać na smsa 😉

Japonki – jak wy to robicie?

Rzuciło mi się to w oczy już pierwszego dnia. Japonki — w większości szczupłe, zadbane, kobiece, zwracające uwagę na modę. Częściej widzimy je w dłuższych rozkloszowanych spódnicach, szerokich płaszczach — nieco “za dużych” stylizacjach. Wszystko jednak jest połączone ze smakiem i gustownie. Nie każdemu musi się to podobać, jednak mało widziałam Japonek, które “podkreślały swoje kształty”. Pokazywały za to chętnie nogi. Widziałam wiele prób radzenia sobie z obcasami — jednak widać, że przychodzi im to ciężko 😉 Podsumowując: ciężko było mi znaleźć w tłumie wyjątkowo piękną japonkę, ze względu na to, że wszystkie były naprawdę ładne. Japończycy — wy szczęściarze! 😉

Marcowe noce są zimne…

Przed wyjazdem czytałam o braku ogrzewania centralnego w Japonii oraz o tym, że warto zabrać ze sobą cieplejsze ubrania do spania. Oczywiście zastosowałam się do tego i to była bardzo dobra decyzja. O tyle w nocy było znośnie, to w niektórych hotelach dało się odczuć brak ogrzewania w łazienkach. Do lodowatych kafelków podłogowych dołączał niekontrolowany system nawiewu umieszczony nad wanną. Przed kąpielą więc otwieraliśmy drzwi, aby ciepłe powietrze z pokoju (klimatyzacji ustawionej na 28 stopni) dotarło do pomieszczenia i nalewaliśmy gorącej wody do wanny. W takich momentach bardzo marzyła mi się polska farelka 🙂

I wreszcie – bezpieczeństwo, uprzejmość, szacunek i chęć pomocy innym.

Wracając malutkimi uliczkami późnym wieczorem ani razu nie czułam, chociażby niepokoju. Jako para turystów chodziliśmy z nerkami z dokumentami, pieniędzmi, power bankiem oraz lustrzanką w ręku. Nic nam się nie stało, nie było nawet najmniejszego przesłania niebezpieczeństwa. Co prawda w bardziej rozrywkowej (klubowej) części Tokyo – Roppongi, byliśmy tylko raz, aby spróbować tamtejszego ramenu. Słyszeliśmy opinie, że tam zdarzają się małe kradzieże czy nieprzyjemne sytuacje — ale to ze strony przyjezdnych, a nie miejscowych. Tak czy inaczej, były to tylko zasłyszane przez nas informacje, nie możemy ich potwierdzić.

Coś, czego mam wrażenie, nie spotkam nigdzie na świecie, a w Polsce codziennie mi tego brakuje. Na każdym kroku widać ich filozofię Mindfulness Of Others (uważność w stosunku do innych). Daje ona o sobie znać od tak drobnych elementów życia, jak trzymanie się jednego kierunku na schodach (aby przepuścić ludzi, którym się śpieszy) po sytuacje, kiedy ktoś jest zagubiony i nawet nie musi prosić o pomoc. Zawsze może na nią liczyć.

W jadłodajniach, restauracjach, pubach czy nawet street foodzie czujesz się obsłużony jak król — z uśmiechem i chociaż skinieniem głową. Nie raz spotkaliśmy się, że ktoś zostawił torbę czy laptopa na stoliku, lub podjechał rowerem przed sklep i po prostu go postawił, (bez linki) nie martwiąc się, że ktoś go ukradnie. W metrze natomiast nikt się nie pcha. Wszyscy stoją w kolejce i czekają według zasady: “najpierw się wychodzi”.

Nie poruszyłam tutaj tematu miejsc, w których byliśmy, ze względu na to, że to jest już materiał na kolejne posty. A jak wam podobają się elementy codzienności Japońskiej, na które my zwróciliśmy uwagę? 🙂

Seria Japońska:

 

Trzymajcie się!
Kamila

Może Ci się również spodobać...