Australia Ilona Kasia Podróże

W krainie Oz – czyli podróż do Australii cz. I

podróż-do-australii-lunulalife

Podróż do Australii, czyli kilka słów o spełnianiu marzeń. Subiektywnie, emocjonalnie i bez retuszu. O trudnych początkach miłości Kasi do fotografii i pokonywaniu wszelkich barier.
Część I – Sydney i okolice!


Gdy jesteś u progu spełnienia marzenia i dzieli Cię krok od pokonania bariery oraz  wyjścia z bezpiecznej, dobrze Tobie znanej strefy komfortu dopada Cię lęk. Obezwładniający lęk. W dzień wylotu, spędziłam godzinę w fotelu, nie mogąc się ruszyć. Osoby, które boją się latać, mają lęk wysokości będą w stanie mnie zrozumieć. Wizja spędzenia 24h w metalowej puszce – kosmos! Dodatkowo, sprawy domowe nie układały się najlepiej, żeby nie napisać, że staliśmy w obliczu rodzinnej tragedii. Miesiące przygotowań i nagle wszystko się wali. Co robić? Myśli kłębiły się w głowie, obezwładniający strach paraliżował moje ciało. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że jeśli nie teraz, to kiedy? Wstałam, wzięłam prysznic i… poleciałam! To była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Jestem szczęśliwa, że pokonałam własne demony.

Podróż do Australii był spełnieniem moich marzeń. Wiem, że brzmi to bardzo sztampowo, jednak taka jest prawda. Nie były to marzenia z dzieciństwa, zaczęło się niewinnie od szkoły średniej. Od opowieści anglistki o Sydney, zdjęciu Opery na biurku, które towarzyszyło mi podczas długich wieczorów z nauką, po chęć studiowania w tym kraju. Wyjazd na studia do Oz nie był mi pisany, ale kilkanaście lat później zrealizowałam swoje marzenie. W tej podróży towarzyszyła mi Kasia ze swoim aparatem, która jest autorką poniższych zdjęć 🙂

Postanowiłyśmy podzielić się naszymi wrażeniami z pierwszej podróży do Krainy Kangura (druga już wkrótce). Nie będziemy opisywać samych przygotowań, planowania itp. historii, ponieważ tego typu informacje znajdziecie na wielu blogach podróżniczych, z których my również korzystałyśmy przy okazji wyjazdu. Mamy natomiast nadzieję, że choć trochę przybliżymy zarówno cząstkę Australii, jak i sposób życia Australijczyków. Zatem, kubeczek z kawą (lub innym ulubionym napojem) w dłonie i zapraszamy do wspólnej podróży po Sydney i okolicach!

Dzień 1: Sydney Opera House i Central Business District (CBD)

Na początku chciałyśmy ominąć temat samej podróży. Zdałyśmy sobie jednak sprawę, że podróż to jedna z najważniejszych części tej wyprawy. To make long story short: zdecydowałyśmy się na zakup biletów w Emirates, które kooperują z liniami Qantas oferując najkrótszy czas podróży – dokładnie 23 godziny z jedną, relatywnie krótką, przesiadką w Dubaju. Oba loty (Warszawa-Dubaj, Dubaj-Sydney) były bardzo komfortowe, choć była to tylko klasa ekonomiczna. Mój lęk przed lataniem został w dość dużym stopniu opanowany. To tyle jeśli chodzi o rekomendacje.

Wylądowałyśmy w Sydney ok. godz. 23 czasu lokalnego. Przywitał nas tropikalny deszcz i bardzo ciepłe, przyjemne powietrze. O tej porze dnia było około dwudziestu kilku stopni. Sprawnie zamówiłyśmy taksówkę i pojechałyśmy prosto do hostelu. Zatrzymałyśmy się w hostelu Maze Backpackers w samym centrum Sydney. Plan był prosty: check-in i do łóżka, bo podróż była wyczerpująca. Podczas załatwiania formalności związanych z zameldowaniem, pojawiło się zaskoczenie na naszych twarzach – Kasia zapomniała nr PIN do karty! I tak oto po dobie spędzonej w podróży, musiałyśmy poradzić sobie z pierwszym wyzwaniem. Na szczęście, Kasi udało się zresetować PIN w dość krótkim czasie (wbrew słabemu Wi-Fi, które było dodatkowo płatne!) i mogłyśmy zapłacić za nocleg jeszcze tej samej nocy. Mimo tego, że nie rekomendujemy samego hostelu (jedną z nielicznych zalet była na pewno świetna lokalizacja), to obsługa spisała się jak najbardziej na plus. Widząc zmęczonych podróżnych i problem, który się pojawił, pozwolili nam zapłacić następnego dnia. Wyrozumiałość i wysoki poziom wiary w ludzi – oto Aussie w całej okazałości!

Dzień pierwszy możemy określić jako próbę rozpoznania terenu przy nierównej walce z jet lagiem. Kasia radziła sobie całkiem nieźle, u mnie było gorzej. Nieprzespana druga noc z rzędu oraz emocje związane z pierwszymi krokami postawionymi na australijskiej ziemi dały się we znaki. Cel obrany na pierwszy dzień: przetrwać i doczłapać się do obiektu pożądania – wyśnionej i wymarzonej Opery! Zadanie zostało wykonane z nawiązką. Poza tą największą atrakcją Sydney, rozkoszowałyśmy się widokiem najmniejszej „starówki” na świecie czyli The Rocks, znajdującej się tuż przy Harbour Bridge oraz malowniczej zatoki, która jest chyba największą dumą mieszkańców tego miasta.

Po obowiązkowych „sweet fociach na tle..”, które macie okazję oglądać, oddaliłyśmy się od tłumu turystów, aby zgubić się w uliczkach, w których próżno szukać turystów. Posiliłyśmy się w niepozornym lokalu, wzbudzając przy tym zdumione spojrzenia lokalnych biesiadników. Okazało się bowiem, że jest to knajpka, do której po pracy przychodzą zatrudnieni w Sydney Dance & Theater Company. Poznałyśmy też lepiej centrum Sydney czyli CBD. Mogę stwierdzić jedno – byłyśmy bardzo dzielne jak na pierwszy, pełny dzień spędzony na australijskiej ziemi.

Dzień 2: Manly Beach i Royal Botanic Garden

Drugi dzień obfitował w więcej wrażeń i przedreptanych kilometrów. Byłyśmy głodne (nie tylko w sensie literalnym, chociaż ja mam taki objaw zwłaszcza, gdy jestem na urlopie ;P) zwiedzania i doświadczania stanów emocjonalnej ekstazy! Do meritum, oto jak spędziłyśmy drugi dzień w Sydney:

1. Wycieczka promem do Manly Beach.
Dzień w mieście nie musi być ograniczony do typowego biegania po muzeach i fotografowania co ważniejszych pomników. Zwłaszcza gdy jesteś Sydney. Miasto jest położone nad Port Jackson, które rozdziela je na część północną i południową. Po zatoce kursują promy łączące dzielnice miasta, a także statki wycieczkowe. Rejs promem (bilet: Opal Card) z przystani Circular Quay do dzielnicy Manly i spacer po Manly Beach, popularnej wśród mieszkańców Sydney, powinien być jednym z głównych punktów programu dla każdego odwiedzającego to miasto. Podróż promem może i nie brzmi dość ekscytująco, jednak nam sprawiła dużo przyjemności przede wszystkim ze względu na dwie kwestie. Po pierwsze – można poszaleć fotograficznie tj. zrobić ujęcia zatoki i samej Opery (jak w przypadku Kasi) lub po prostu napawać się pięknem otoczenia (to akurat w moim przypadku). Zwłaszcza podczas zachodu słońca! Po drugie – gdy zbliżaliśmy się do Manly dość mocno „bujało”, serio. Emocje gwarantowane!

Manly jest położone w miejscu, gdzie Port Jackson łączy się z Morzem Tasmana. A samo Manly, możemy porównać do naszego Sopotu. Z tą różnicą, że mieszkańcy przyjeżdżają w to miejsce, aby posurfować lub urządzić piknik z przyjaciółmi. Wzdłuż plaży rozciąga się promenada, która jest miejscem zarówno dla spacerowiczów, jak i biegaczy. Na Manly miałyśmy okazję po raz pierwszy zobaczyć jak Aussie spędzają swój wolny czas. Nie dziwi nas celebracja posiłków na świeżym powietrzu, czy też prawie fanatyczne oddanie surfingowi. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiego skarbu jakim jest pogoda i przyroda w Australii.

PS. Prawie zapomniałam dodać (co za niewybaczalne faux paus!), że w podróży towarzyszył nam Torrent – pluszak nad pieskami i piesek nad pluszakami, którego otrzymałyśmy od naszego przyjaciela Damesy. Jak widać na zdjęciach, Torrent również poczuł luz na Manly i nawiązał nowe znajomości 🙂

2. Zwiedzanie ogrodu botanicznego Royal Botanic Garden.
Po powrocie z Manly, pomimo nieuchronnie nadchodzącego zmierzchu udałyśmy się prosto do Royal Botanic Garden, który położony jest tuż obok Opery i kilkaset metrów od przystani Circular Quay. Chciałyśmy pozostać w klimacie wyciszenia i natury, po powrocie z mocno relaksującej Manly Beach. Prawdopodobnie nie udało nam się zwiedzić wszystkich zakamarków tego pięknego Ogrodu, nie wspominając o wystawach czy też warsztatach, jednak Kasia uchwyciła kilka ciekawych ujęć (w tym Opery ala Konkwistador).

3. Nocna sesja fotograficzna.
Sydney Opera House, Harbour Bridge i The Rocks (czyli australijskiej starówki). W tym miejscu, nie miałybyśmy sumienia rozpisywać się na temat sesji foto. Po prostu zobaczcie sami!

 

Dzień 3: Darling Harbour, Akwarium – Sea Life, Surrey Hills, Darlinghurst

Dzień trzeci stał pod znakiem eksplorowania miasta. Jako, że podczas tej wizyty w Krainie Oz nie miałyśmy w planach polecieć na Wielką Rafę Koralową (to jest jeden z celów naszej następnej podróży na Antypody), postanowiłyśmy choć trochę zapoznać się z podwodnym życiem u wybrzeży Australii. Wybrałyśmy się do rekomendowanego Akwarium – Sea Life, znajdującego się w centrum Sydney, przy niewielkiej zatoce Darling Harbour. Akwarium okazało się być dość dużym obiektem, gdzie mogłyśmy raczyć się widokiem fragmentów rafy koralowej, wszelkiej maści szarkusiów i pingwinków (dla pingwinów został zbudowany specjalny wybieg, wokół, którego można przepłynąć pontonem, w temperaturze bliskiej 0°C – dodatkowa atrakcja dla turystów 🙂 ), nie mogło zabraknąć również rybek buszujących w rafie, żółwi oraz… tłumu rozentuzjazmowanych dzieci 😉 Dlatego też, po zwiedzaniu w dość żwawym tempie Akwarium, wybrałyśmy się na spacer promenadą w Darling Harbour, która doprowadziła nas do Chinese Garden of Friendship. Z nieskrywaną przyjemnością, po dość intensywnym poranku w Sea Life, wtopiłyśmy się w ten magiczny świat harmonii i spokoju.

Po naładowaniu baterii w ogrodzie chińskim, skierowałyśmy swe kroki do dzielnicy Surrey Hills. Słyszałyśmy, że jest to jedna z najmodniejszych dzielnic Sydney (trochę hipsteriada 😉 ), z której nie wyjdziesz ani głodny ani spragniony. Możesz jednak wyjść z chudszym portfelem, jeśli zapragniesz kupić pamiątki w niezliczonych sklepach i galeriach. Przechadzając się niespiesznie ulicami zielonego Surrey pełnego budynków w stylu kolonialnym, postanowiłyśmy wejść do Reuben Hills na przerwę kofeinową. Tak, potwierdzamy – kawa w Australii jest naprawdę pyszna. Nie wiemy jak oni to robią, ale jakiej byście nie spróbowali – Flat White i tak będzie najlepsza (ale tylko na Antypodach)! Jeśli będziecie kiedyś w tamtej okolicy, możemy polecić tę knajpkę na lunch i kawę. Klimat jest wprawdzie trochę hipsterski, ale za to jedzenie wyraziste w smaku i bardzo orzeźwiające! Idealne na upały. Kawę serwują również nie najgorszą 🙂

Pełne energii, poszłyśmy dalej w kierunku dzielnicy Darlinghurst, najbardziej znanej z parady Mardi Gras, która odbywa się każdego roku w marcu. Spacer z Surrey do Darlinghurst zajął nam chwilkę, bynajmniej nie przez odległości, a przez częste przystanki na dokonanie dokumentacji fotograficznej przez Kasię 😉 Dlatego, po krótkiej chwili namysłu zajęłyśmy miejsce w jednym z licznych lokali na lampkę wina i chwilę kontemplacji. Rozmawiałyśmy m. in. o spostrzeżeniach z całego dnia zwiedzania inner-Sydney. Nieodmiennie zachwycało nas podejście Aussie do rozwiązywania drobnych kwestii, bez agresji i wymyślania nieistniejących problemów. Jako przykład możemy podać sytuację, która wydarzyła się rano podczas wejścia do Sea Life. Nie miałyśmy wydrukowanych biletów wstępu, co było wymagane. Okazało się, że podanie numeru zamówienia wystarczyło, aby obsługa wydrukowała nam bilet przy kasie!

Dzień 4: Góry Błękitne (Blue Mountains) i Scenic World

Czwarty dzień to wycieczka w Góry Błękitne (Blue Mountains) i do Scenic World. Nie będziemy ukrywać, że bardzo czekałyśmy na ten dzień. Chciałyśmy zrobić mały trekking w Parku Narodowym Gór Błękitnych, który jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO oraz przeżyć mały dreszczyk emocji na najbardziej stromej kolejce świata w Scenic World. Ale po kolei! Obudziłyśmy się bladym świtem, aby złapać jak najwcześniejszy pociąg do Katoomby, która stanowi najważniejsze miejsce wypadowe do głównych atrakcji jak formacja skalna „Trzy Siostry”, jaskiń Jenolan, dolin Megalong i Jamison oraz wspomnianego już Scenic World.

Pierwsze zaskoczenie, które nas spotkało to cena biletu. W każdą niedzielę (nie tylko tę wielkanocną) bilety na pociąg z centrum Sydney do Gór Błękitnych (taka trasa to ok. 100 km w jedną stronę i podróż trwa ok 2h) kosztują tylko 2,50 dolara australijskiego – szaleństwo! Drugie zaskoczenie – pociąg był dosłownie przeładowany ludźmi. Nie wiemy jakim cudem, ale udało nam się znaleźć dwa miejsca siedzące (w drodze powrotnej już nie miałyśmy tyle szczęścia). A co ciekawe – pociągi są czyste, klimatyzowane i odjeżdżają o czasie.

Trochę przeraziły nas te tłumy, ale to, co przeżyłyśmy na miejscu… W skrócie, bo był to dla nas bardzo ciężki dzień, ale z drugiej strony pełen bezcennych doświadczeń. Z powodu ograniczonego czasu (zaledwie 1 dzień), wybrałyśmy opcję oferowaną przez Scenic World, zamiast trekkingu po Blue Mountains. Chciałyśmy zobaczyć główne atrakcje plus przejechać się najbardziej stromą kolejką na świecie. Pozostałe kolejki linowe kursowały pomiędzy poszczególnymi szlakami. Kolejki do tychże kolejek były ogromne (przynajmniej w niedzielę wielkanocną), ale generalnie rekomendujemy. Jak już pokonało się tyle kilometrów, to będąc na miejscu warto wykorzystać okazję i się przejechać. Zabawa przednia, a do tego rewelacyjne miejsca do robienia zdjęć!

Niestety, na szlakach wyznaczonych w Scenic World panowała niezbyt przyjemna atmosfera. Nie dość, że ścisk to jeszcze nieustający hałas bardzo zakłócały odczuwanie przyjemności z przebywania w tak pięknym miejscu. Po całym dniu w takim otoczeniu ból głowy murowany. Z perspektywy czasu już wiemy, że wybór niedzieli wielkanocnej na taką wycieczkę był złym pomysłem. Teraz już jesteśmy mądrzejsze i ostrzegamy – unikajcie dni świątecznych na zwiedzanie Parku oraz jego atrakcji. Nie ma sensu jechać w tak niezwykłe miejsce, tylko po to, aby zaznać frustracji.

Dzień 5: Coastal Walk Coogee to Bondi, Sydney Observatory

Dzień piąty był naszym ostatnim dniem w Sydney. Chciałyśmy spędzić go beztrosko i w sposób dający wytchnienie, zwłaszcza po wydarzeniach dnia poprzedniego. Zgadnijcie, czy nam się udała ta sztuka? 🙂 Zaczęłyśmy delikatnie, od porannej kawy i ruszyłyśmy na spacer przez 3 plaże Sydney: Coogee, Bronte oraz słynne Bondi, a także zabytkowy i malowniczy cmentarz Waverly czyli tzw. Coastal Walk. Spacer wybrzeżem był niesamowity, nie tylko ze względu na widoki. W Australii naprawdę można się zrelaksować i odpocząć. Przy każdej z plaż jest mały park z miejscami do “barbie” czyli grillowania. Wydaje się, że Australijczycy każdą wolną chwilę spędzają w gronie przyjaciół lub rodziny, najchętniej grillując przy plaży, a w międzyczasie surfując lub po prostu pływając. Z kolei cmentarz Waverly robi wrażenie, nie tylko ze względu na swoje położenie na skarpie, ale również przez ciekawe rzeźby nagrobne.

Największe wrażenie zrobiła na nas plaża Coogee i jej okolice. Jest najmniej znana (w sensie turystycznym) i dlatego zachowała kameralny klimat. Charakter tego miejsca odpowiadał nam bardziej niż imprezowa specyfika plaż Bronte i oczywiście osławionej na całym świecie Bondi. Po tak fantastycznym dniu, ciężko wracało się do hostelu z wizją pakowania się i opuszczenia Sydney następnego dnia.

Na szczęście miałyśmy jeszcze plan na wieczorne wyjście: tzw. gwóźdź programu – Obserwatorium w Sydney. To nie był strzał w dziesiątkę, to był strzał w setkę! Zarówno prowadzący wycieczkę, jak i teleskopy (jeden z XIX w. nadal działający, drugi – współczesny, przez który widziałyśmy Jupiter!) oraz cała obserwacja konstelacji na półkuli południowej była tak niesamowita i zachwycająca, że aż chyba nie do opisania! Będąc w Sydney, nie wahajcie się ani chwili – odwiedźcie Obserwatorium, po prostu warto.

 

To była pierwsza część naszych przygód na Antypodach. Kolejny post będzie przedstawiał naszą drogę z Sydney na The Great Ocean Road. Mamy nadzieję, że udało nam się przyciągnąć Waszą uwagę i będziecie wyczekiwać kolejnego posta. Dajcie znać poniżej jakie są Wasze doświadczenia związane z Australią? Byliście lub może planujecie wyjazd do Oz? 😉

Seria Australijska:

 

Ilona i Kasia


Może Ci się również spodobać...